Strony

19 marca 2015

Kontrowersyjnej metody pielęgnacji włosów ciag dalszy...

Po ostatnim poście spadła na mnie spora lawina pytań. Większość z Was koniecznie chciała się dowiedzieć, czym myję włosy skoro nie używam już szamponu i jak czuję się po zastosowaniu tej kontrowersyjnej metody.

Zapraszam zatem do lektury :)

Jak Wam wiadomo, metodę „niemycia” włosów szamponem stosuję już od kilku miesięcy. Zachwyciłam się nią za sprawą pozytywnych opinii brytyjskich blogerek: Jaquelyn i Lucy. Przed rozpoczęciem kuracji moje włosy były matowe i nagminnie wypadały. Wszystko to zawdzięczam oczywiście kilkuletniej koloryzacji. Czupryny nie farbuję wprawdzie już od 1,5 roku, ale problem ten nadal pozostał. Stwierdziłam zatem, że czas najwyższy coś z tym zrobić.

Obie blogerki po odstawieniu szamponu stosowały łagodną kurację, polegającą na oczyszczaniu włosów sodą oraz octem jabłkowym. Ja postanowiłam sobie tego oszczędzić i od razu przeszłam do końcowego etapu, czyli spłukiwania włosów sama wodą. Biorąc prysznic pozwalam na to, aby woda samoczynnie spływała po włosach, bez wykonywania jakiegokolwiek masażu, jak to ma miejsce w przypadku mycia głowy szamponem. Nie ukrywam, że pozwala mi to zaoszczędzić sporo czasu Po wszystkim delikatnie osuszam włoski ręcznikiem i to wszystko. Zrezygnowałam także z używania suszarki, by nie osłabiać bardziej ich kondycji. Mokre włosy najlepiej rozczesać palcami, gdyż jest to znacznie miej inwazyjna metoda, niż w przypadku użycia grzebienia lub szczotki. Ja jestem już na takim etapie, że przeczesanie ich palcami całkowicie mi wystarcza.

To tyle, jeśli chodzi o samą metodę - czas na efekty i moją opinię.

Jeśli zdecydujecie się pożegnać z szamponem, musicie zdawać sobie sprawę z tego, że minie trochę czasu, zanim Wasze włosy zaczną oczyszczać się same. Najgorsze są oczywiście pierwsze dwa tygodnie. Skóra głowy reaguje wówczas wzmożonym wydzielaniem sebum i włosy szybciej się przetłuszczają. Jeśli będziecie spłukiwać je jednak codziennie, unikniecie wrażenia „smalcu na głowie”. Zapewniam Was, że podczas pierwszych tygodni cały czas pracowałam zawodowo i nikt z współpracowników nie zauważył, bym miała je przetłuszczone. Jedyne co chwilami doprowadzało mnie do szału to fakt, że skóra głowy reagowała swędzeniem, a włosy u samej nasady były dość sztywne. W dotyku sprawiały wrażenie, jak gdybym potraktowała je odżywką i niedostatecznie spłukała. Efekt ten minął na szczęście po niecałych dwóch tygodniach od rozpoczęcia kuracji. Po tym okresie moje włosy nabrały nadzwyczajnego blasku i miękkości. Pozbyłam się okropnego efektu strzechy na głowie, którą musiałam oglądać przez większą cześć swojego życia. Rano nie muszę także walczyć z ich modelowaniem. Stylizacja moich włosów sprowadza się jedynie do ich przeczesania i ewentualnego utrwalenia lakierem. Zrezygnowałam także z grzebienia, na koszt szczotek (obecnie używam szczotki Tangle Teezer, która świetnie rozczesuje włosy i minimalizuje ich łamanie). Sporej zmianie uległy także końcówki, które zaczęły delikatnie falować. To dla mnie kolejny powód do szczęścia, gdyż od kiedy sięgnę pamięcią, zawsze były one jakieś takie nie do końca nieokreślone .

Z chwilą kiedy moje włosy uzyskały pożądany efekt, postanowiłam nieco zmodyfikować metodę i dodałam do kuracji ziołowy tonik przeciwko wypadaniu włosów Babuszki Agafii.

Jest on oczywiscie w 100% naturalny i zawiera:

Carum Carvi (kminek) - dzięki dużej zawartości witamin (A, B1, B2, C, PP) i minerałów, intensywnie odżywia zniszczone włosy i zapobiega ich wypadaniu.

Quercus Robur Cortex (kora dębowa) - nadaje kosmykom połysk oraz głęboki kolor. Dodatkowo odświeża i pielęgnuje.

Persicaria Hydropiper (rdest ostrogorzki) - działa przeciwłojotokowo, uelastycznia skórę, wzmacnia cebulki włosów i nadaje włosom połysk.

Acorus Calamus (tatarak zwyczajny) - odżywia i przeciwdziała wypadaniu włosów.

Tonik stosuję na suche włosy i staram się pokryć nim całą głowę, po czym oczywiście pozwalam im wyschnąć. Kilka razy zdarzyło się, że celowo nie spłukałam ich wodą by przekonać się, w jakim stanie będą następnego dnia. Okazało się, że nie było w ogóle widać, że poprzedniej nocy miałam coś na głowie i tego nie spłukałam. Podekscytowana, postanowiłam działanie to powtórzyć, ale już nie zadziałało :/ Tonik przydusił mi włosy przez co wyglądały tak, jak gdyby były nie domyte. W przypadku tego toniku powiedzenie: „do trzech razy sztuka” zwyczajnie się nie sprawdziło.

 
Na tym dzisiaj już poprzestanę:)

Jak zwykle czekam jednak na posty i wiadomości. Jestem ogromnie ciekawa, czy ktoś z Was po zapoznaniu się z moimi doświadczeniami, zechce wypróbować na sobie tą metodę.

18 marca 2015

Trujący szamponik

Dziś pozwolę sobie wtrącić kilka słów na temat kosmetyku, bez którego niektóre z Was nie wyobrażają sobie życia, a mianowicie szamponie. Produkt ten towarzyszy nam praktycznie na każdym etapie życia. Mało tego - reklamy obecne w mediach i modelki z pięknymi fryzurami stale przekonują nas o tym, że jest on nam absolutnie potrzebny. Każdy z nas ma inny rodzaj włosów, o czym koncerny kosmetyczne dobrze wiedzą i sprytnie to wykorzystują, oferując nam coraz to nowsze buble. Dlaczego buble? Sięgnijcie pamięcią do czasów naszych babć i dziadków i spróbujcie odpowiedzieć sobie na to pytanie sami. Dawniej cała rodzina stosowała tylko jeden rodzaj szamponu lub naturalne płukanki w jego zastępstwie. Sama raczyłam się domowym specyfikiem w postaci kosmetycznej nafty i żółtka (właśnie zdałam sobie sprawę, że do naturalnych kosmetyków miałam zapędy już w dzieciństwie :)

Wróćmy jednak do naszego szamponu. Zapewne wiecie o tym, iż stosując jakikolwiek produkt, przyzwyczajamy swój organizm do jego działania. Po pewnym czasie musimy stosować go jednak znacznie więcej i częściej. Znam przypadki kobiet, które tak przyzwyczaiły swoje włosy do szamponu, że musiały je myć nawet dwa razy dziennie, by utrzymać je w należytej kondycji. Sama byłam jedną z nich. Ponad dwa miesiące temu powiedziałam jednak dość! Zauważyłam, że to właśnie szampony powodują wszystkie te problemy, które potem nieudolnie próbują rozwiązywać, a firmom kosmetycznym nie zależy w ogóle na naszym zdrowiu i urodzie, skoro na siłę przekonują nas do oferowanej przez siebie chemii.

Dlaczego szampony są złe? Weźcie do ręki butelkę swojego ulubionego szamponu i sprawdźcie jego skład. Zobaczycie wówczas masę substancji chemicznych o skomplikowanych nazwach, których wpływ na nasze zdrowie nie jest obojętny. Szampon myje i usuwa jednocześnie wszystkie zdrowe oleje produkowane przez skórę naszej głowy, a to właśnie one sprawiają, że włosy są miękkie w dotyku i silne zarazem. Stosując mocne detergenty zmuszamy zatem skórę do zwiększonej produkcji sebum i dlatego włosy stają się tłuste. Im częściej używamy szamponu, tym bardziej go potrzebujemy - błędne koło prawda? 




Masowo produkowane szampony zawierają w sobie mnóstwo chemii, w tym m.in:


Sufraktanty anionowe (SLS, SLES, ALS, ALES, MLS, SDS, SMS itp.)

Parabeny (Benzylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Methylparaben, Propylparaben itp.)

Nitrozaminy (wszystkie substancje z końcówką DEA, MEA, oraz TEA)

Pochodne glikolu polietylenowego i polipropylenowego (substancje z przedrostkiem PEG i PPG w nazwie).

Wszystkie z nich uchodzą oczywiście za rakotwórcze!

Niektórzy z producentów wtłaczają do butelki także olej mineralny, który jest produktem ubocznym destylacji ropy naftowej. To właśnie dzięki niemu włosy uzyskują sztuczny połysk.

Na szczęście istnieje kilka alternatyw dla toksycznych szamponów. Jedną z nich zapoczątkowała Jaquelyn Baers - młoda mama i autorka popularnego bloga LittleOwlCrunchyMomma, na którym to oznajmiła internautom, iż od ponad 5 lat nie myje włosów szamponem. W jej ślady poszła kolejna brytyjska blogerka - Lucy Aitken Read, która nie myje włosów od prawie 3 lat. Tak, tak… wiem co sobie teraz myślicie: „ale jak to tak nie umyć włosów szamponem?”. Do niedawna mój tok myślenia wyglądał identycznie. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie przetestowała tej metody na sobie. Efekt jest taki, że nie używam szamponu już od prawie 3 miesięcy i nie zamierzam do niego kiedykolwiek wracać. Zaszokowani? :)

O tym co sądzę na temat tej metody i jaki ma ona wpływ na kondycję moich włosów, napisze w kolejnym poście .

Jestem także ciekawa, czy słyszeliście kiedykolwiek o tej metodzie i czy ktoś miał już przyjemność ją wypróbować :)

2 marca 2015

Niechemiczne sposoby na problem cellulitowy

Z cellulitem boryka się każda kobieta i nie ma wyjątków od tej reguły. Walka z nim przeważnie jest bardzo długa i nie gwarantuje zadowalających efektów. Ze skórka pomarańczową można jednak wygrać i to bez użycia jakichkolwiek produktów kosmetycznych.
 
Co to za magiczny i w pełni naturalny sposób?
Odpowiedz jest prosta – bańki chińskie.
 
Masaż bańką chińską uchodzi za jeden z najpopularniejszych zabiegów kosmetycznych pomagających zwalczyć cellulit zarówno tłuszczowy, jak i wodny. Poprawia on mikrokrążenie, rozbija tkankę tłuszczową, a także wygładza i ujędrnia skórę. Sprawdza się nie tylko jako zabieg antycellulitowy, lecz także ujędrniający i modelujący sylwetkę, i co najważniejsze - nie jest on skomplikowany, dlatego też możemy bez problemu wykonać go same. Wcześniej należy zaopatrzyć się jednak w dobrej jakości olejek. Ja używam oleju migdałowego z KTC, gdyż posiada on znakomite właściwości nawilżające i pielęgnujące skórę. Olej jest niezwykle istotny, gdyż ułatwia bezproblemowe przesuwanie gumowych baniek po skórze.
 
Sam zabieg wygląda natomiast następująco : bańkę aplikuje się na skórę po wcześniejszym wyciśnięciu z niej powietrza. Dzięki temu wytwarza się w niej podciśnienie, które powoduje zassanie fałdów skóry dotkniętych cellulitem do jej wnętrza. Następnie przesuwa się bańkę od kolan w kierunku ud. W ten sposób następuje rozszerzenie naczyń krwionośnych i przyspieszenie wchłaniania substancji czynnych zawartych w oliwce.
 
Prawda, że proste?
 
Aby zabieg przyniósł efekty powinno się go wykonywać kilka razy w tygodniu, ale nie rzadziej niż co 3 dni. Niektóre z Was zapewne zniechęcą się już na starcie, ale te wytrwalsze już po kilku seriach zrozumieją, że wysiłek się opłaca :) Jeśli po pierwszym zabiegu wyjdą Wam siniaki – nie przejmujcie się. Ja po pierwszej serii wyglądałam tak, jak by mi ktoś porządnie przyłożył. Potem zrozumiałam, że na pierwszy raz zbyt mocno zasysałam bańki (nadgorliwość w tym przypadku nie popłaca). Warto zatem robić to delikatnie, lecz zdecydowanie. W końcu masaż ma być przyjemnością, a nie torturą.
 
Bańki chińskie możecie zakupić praktycznie w każdej aptece. Koszt nie powinien przekroczyć 20 zł. W zestawie znajduje się kilka sztuk o różnej wielkości, które można wykorzystać do przeróżnych partii ciała. Ja swoje zakupiłam na Allegro ponad rok temu i nadal służą mi bez zarzutu. Jedyne co mnie w nich denerwuje to gumowy smrodek, którego nie jestem w stanie niczym usunąć (nie pomaga namaczanie, wietrzenie i inne cuda wianki). No cóż – taka już ich uroda :)
 
Co do olejku, to można go nabyć już za niecałe 10 zł (oczywiście także na Allegro). Koszt zakupu zarówno baniek, jak i olejku nie jest wygórowany. Leniuszki mogą oczywiście wybrać się na masaż do salonu kosmetycznego, ale muszą liczyć się z tym, że cena jednorazowego zabiegu to około 150 – 100 zł za 45 minut przyjemności, którą trzeba oczywiście regularnie powtarzać, by utrzymać zadowalające efekty. Jak dla mnie strata czasu i pieniędzy :)

 
A co Wy sądzicie o takim sposobie walki walkę z cellulitem?
 
Jak zwykle jestem ciekawa Waszych opinii :)