Strony

30 marca 2017

Paskudny blog, paskudna osobowość, nieistniejący prawnik oraz sprawy w sądzie, które nigdy się nie odbyły. Fantazja przedstawicieli Arbonne nie zna granic...

Do napisania tego wpisu podchodziłam kilkukrotnie. Najpierw zrodziła się w moich myślach idea stworzenia czegoś odmiennego od tego, co zwykło pojawiać się do tej pory na blogu. Pomysł na post z przysłowiowej „innej beczki” kiełkował w mojej głowie przez kilka dobrych miesięcy i odnoszę wrażenie, że jeszcze się nie zakończył. Mimo wszystko postanowiłam, że już najwyższy czas na to, aby przelać wszystkie myśli do Worda i puścić w internety.

Ci z Was, którzy śledzą mojego bloga od samego początku, pamiętają z pewnością wpis o Arbonne, który rozpętał w sieci dziwaczną i moim zdaniem nieuzasadnioną burzę, która z kolei przerodziła się w lawinę niewybrednych hejtów, spływających na mnie aż po dziś dzień. W marcu minął roczek od tej publikacji. Normalny człowiek już dawno puścił by to w niepamięć, ale nie oni (czyt. przedstawiciele Arbonne), którzy od czasu do czasu dają się poznać od coraz to gorszej strony. 

Dzisiejszy wpis nie będzie poświęcony produktom tej marki, a jedynie praktykom, jakie jej konsultanci przejawiają w stosunku do osób, które ośmieliły się skrytykować ich chlebodawcę. Antyreklama? Odbierzcie to jak chcecie. Dla mnie jednak najlepszą antyreklamą kosmetyków Arbonne są tylko i wyłącznie jej konsultanci. 

Hejt hejtowi nierówny

Hejterzy mają to do siebie, że obrzucą błotem wszystko to, co im zwyczajnie nie leży. Hejtować jednak też trzeba umieć. Konstruktywna krytyka powinna odnosić się do konkretnej wypowiedzi autora i zawierać w swojej treści sensowny kontrargument. Obrażanie autora i wymyślanie na jego temat niestworzonych historii zdecydowanie przekracza granice dobrego smaku. 

 Źródło: [KLIK]

Jak widać na załączonym obrazku, jedna z przedstawicielek marki Arbonne zjechała mnie po całości wysuwając niepopartą niczym tezę, że założyłam „bloga, by tropić cudze uczulenia” i, że chwalę się kosmetykami, jakie otrzymałam od „dziwnych firm kosmetycznych”

Myślę, że warto w tym momencie dodać komentarz i wyprowadzić panią Elżbietę z błędu.

Po pierwsze - ¾ kosmetyków, których recenzje pojawiły się na blogu zakupiłam sama, za swoje ciężko zarobione pieniądze. Jak na blogerkę kosmetyczną przystało, lubię testować coraz to nowsze produkty. Jestem też kobietą i wiadomo jak to z nami jest - stale powiększamy swoją kosmetyczkę o kolejne produkty i akcesoria. Jeśli jednak otrzymam coś od jakiegoś koncernu kosmetycznego i zrobię na temat tego produktu recenzję, to zawsze będzie ona obiektywna. Darowanemu koniowi w zęby się wprawdzie nie zagląda, ale ja nie zamierzam pisać pozytywnie o prezencie, który mi nie podszedł i zwyczajnie się u mnie nie sprawdził. Poza tym zawsze zamieszczam czytelnikom rozszyfrowany skład INCI danego kosmetyku, by sami mogli ocenić, czy warto go zakupić, czy też lepiej go sobie odpuścić.

Po drugie - zastanawiam się co autorka powyższego komentarza miała na myśli używając stwierdzenia „dziwne firmy kosmetyczne” Dziwne, bo co - bo to nie Arbonne? A może w pani mniemaniu są one dziwne, bo produkują kosmetyki naturalne, którym do Arbonne niestety bardzo daleko?

Najciekawsze jest jednak to, że nie znam tej osoby i ona mnie również, a mimo to stwierdza z pełną stanowczością, że posiadam paskudną osobowość. Cóż mogę rzec pani Elżbieto - mogłabym to samo powiedzieć o Pani, ale wyniesiona z domu rodzinnego kultura, zwyczajnie mi na to nie pozwala.

O tym, że przedstawiciele Arbonne nie przebierają w słowach możecie przekonać się, czytając komentarze pod wpisem: Arbonne? Stanowcze nie!” Dowiedzie się z nich, że jestem m.in. arogantem i ignorantem (swoją drogą w podobny sposób kilka lat temu wypowiadały się feministki o Gowinie) oraz laikiem pozbawionym elementarnej wiedzy z zakresu chemii kosmetycznej. Zobaczcie zresztą sami (jeśli tekst będzie mało widoczny - kliknijcie na fotkę):

Hmmm... nie jestem gołosłowna, a już na pewno nie nazywam się Agata Strózik :)


Ale ja nie znam Pani :)


Konsultanci Arbonne nie raz podsyłali komentarze z ukrytych kont albo zakładali je tylko po to, by obrzucić mnie błotem:



Byli też i tacy, co udawali swoich zadowolonych klientów:


Ale takiego kwiatka to nawet ja sama się nie spodziewałam:

Arbonne i etyka - dobre :)

Hejt i co dalej?

Hejt boli? No boli, ale nie mnie. Będąc narażonym na niego każdego dnia, zwyczajnie się na niego uodporniłam. Teraz każdy negatywny komentarz dotyczący mojej osoby traktuję z przymrużeniem oka. Jak to się zwykło mówić: zwisa mi to i powiewa. Nie wzbudza to we mnie nawet krzty agresji. W końcu należę do osób spokojnych, których taka pierdółka nie jest w stanie podnieść ciśnienia. Poza tym opinia bliskich, którzy mnie lubią i cenią jest dla mnie ważniejsza od głupiego przytyku ze strony obcego mi frustrata, kryjącego się gdzieś tam daleko za monitorem, zastępującym mu cały świat. Mogłabym jeszcze dopisać, że hejty ludzi Arbonne doprowadzają mnie do płaczu, ale ugryzę się w język. Niech żyją w przekonaniu, że mnie to boli. Oj boli, boli (napisała po otarciu łez wywołanych niekontrolowanym atakiem śmiechu). 

No dobra, jak już powiedziałam to dokończę. Cholernie śmieszy mnie to, co ludziska wypisują na mój temat. Mam oczywiście na myśli hejterów, nie stałych czytelników, którzy potrafią z kulturą skorzystać z okienka „dodaj komentarz”. Macie ochotę się ze mną nie zgodzić? To oczywiste, że możecie. Ja Was nie zmuszam do tego, byście posiadali takie samo zdanie jak moje. Zresztą nie takie jest założenie tego bloga. Nie jestem konsultantem Arbonne i żadnego innego MLM i nie odwrócę się od Was plecami jeśli dacie mi znać, że dany kosmetyk Wam nie odpowiada i nie macie zamiaru go zakupić. To się nazywa zdrowy rozsądek, którego wśród arbonnowców niestety nie uraczymy. W tym miejscu zdecydowałam się na uogólnienie, bowiem nie spotkałam na swojej drodze takiego konsultanta, który napisał by: „ok…możesz mieć swoją rację, a mnie (nam) nic do tego”. 

Od czasu powstania bloga naskrobałam blisko 70 wpisów - w tym wiele negatywnych i co? Żadna z marek źle ocenionych produktów nie pofatygowała się, by do mnie napisać i obrzucić jakimikolwiek oszczerstwami. A już na pewno nie zakazywała swoim pracownikom odwiedzania mojego bloga, jak to miało miejsce w przypadku Arbonne. 

Dla przypomnienia:


Tak na marginesie - po publikacji tego zdjęcia, ktoś skopiował je i zrobił z niego demotywator. Ale i tak wiem, że całą winą obarczy się moją osobę. W końcu po takiej arogantce jak ja, można spodziewać się wszystkiego :)

O tym, że hejty lubią chadzać grupami…

Nie jestem jedyną blogerką, która wypowiedziała się negatywnie o kosmetykach Arbonne. Dużo wcześniej, bo już w 2014 roku pisała już o nich autorka bloga naturalnienie.blogspot.com. Pozwolę sobie przytoczyć urywek wpisu poświęconego produktom tej marki:

"Arbonne ma dobrze rozwinięte działania marketingowe, które niejako omijają cała prawdę, a to za pomocą słów:

1. (...) produkty oparte na składnikach pochodzenia roślinnego (...) - oparte lecz nie w pełni naturalne

2. "czyste, bezpieczne i skuteczne"- to zdanie podoba mi się najbardziej, to kwintesencja mówienia półprawdy, niecałej prawdy i tak wymowna, trafiająca w ucho że można w nią uwierzyć! Na pierwszy rzut oka, wydaje się nam, że są to produkty jakże modnego ostatnio stylu naturalnego, eko. Czyste znaczyłoby naturalne, prosto z natury, Jednak, czy mianem czystych możemy określić produkt w którym istnieją np. syntetyczne konserwanty jak phenoxyetanol? Czy dimeticone lub butylene glycol?

To wszystko daje nam poczucie złudnej pewności że mamy do czynienia z kosmetykami naturalnymi. Co ciekawe konsultanci sami w to wierzą. Ba! Oni nawet uzyskują takie informacje „z góry”. Na swoich profilach i w ogłoszeniach niejeden raz widziałam słowo „naturalne” oraz „bez konserwantów” Co bardziej zuchwali piszą nawet, że są to kosmetyki w 100% naturalne a nawet BIO i ekologiczne !!

Podsumowując krótko, uważam, że Arbonne to nie jest zło wcielone ale nie są to stu procentowe, naturalne kosmetyki jakie próbują nam za wszelką cenę (moim zdaniem zdecydowanie za wysoką) wcisnąć, matacząc na okrętkę modnymi słowami jak: czysty czy zielony. Taka polityka mi się nie podoba i mówię jej zdecydowane NIE." Źródło: [KLIK]

Z produktami Arbonne zetknęła się także Kamila Ocieczek. W jednym z wpisów poinformowała swoich czytelników, przez co musiała przejść podczas testowania kosmetyków tej marki (pieczenie, szczypanie) oraz jak wpłynęły one na stan jej skóry po przeprowadzonej kuracji (pojawienie się wielkich, ropnych, podskórnych bąbli). Najgorsze jest jednak to, że stan ten utrzymuje się nadal mimo, iż od odstawienia przez nią felernych kosmetyków minęło już sporo czasu. Źródło: [KLIK]

Pod postem tej blogerki również pojawiło się kilka złośliwych komentarzy:



Znalazł się jednak i taki, który przywrócił mi trochę wiary w ludzi. 
Nie da się jednak ukryć, że i tak ginie on na tle tych wszystkich obrzydliwych hejtów.

Fantazje hejterów, czyli czego jeszcze się o sobie dowiedziałam?

Obrażanie mojej osoby w komentarzach, przestrzeganie przed odwiedzaniem prowadzonego przeze mnie bloga - na tym lista działań arbonnowców wcale się nie kończy. Aby zdyskredytować mnie w oczach innych, posunęli się jeszcze dalej i zaczęli wymyślać niestworzone historie. Oczywiście dowiedziałam się tego od Was, drodzy czytelnicy. Gdyby nie Wy, zapewne nadal żyłabym w błogiej nieświadomości i sądziła, że to wszystko, na co ich stać. A jednak nie.

Jakiś czas temu zaczęłam otrzymywać meile oraz wiadomości za pośrednictwem Messengera. Ze względu na to, że większość z Was prosiła o zachowanie anonimowości - nie zdecyduję się na ich udostępnienie. Za wszystkie wiadomości, przesłane screeny z zamkniętych grup, na których jedzie się po mnie bez umiaru, czy też filmy z wieczorków spa, na których obnażacie brak wiedzy konsultantów na temat tego co sprzedają - serdecznie dziękuję. Zastanawia mnie jednak to, dlaczego tylu z Was prosi o anonimowość i nie udostępnianie tych materiałów w Internecie. Czego się tak naprawdę boicie? Czy Arbonne Was w jakikolwiek zastrasza? Dajcie znać na meila lub na Messengera bo wiem, że tutaj większość z Was nie zechce się odezwać.

Wracając do tematu… 

Wiem, że na spotkaniach grup porusza się kwestie mojego bloga oraz mojej osoby. I teraz pytanie do Was „drodzy” konsultanci. Nie jest wam (pisane celowo z małej litery) wstyd, że…:

  • rozpowszechniacie fałszywe informacje o tym, że wytoczyliście mi sprawę za zniesławienie?
  • wmawiacie swoim klientom, że wasz prawnik zamknie mojego bloga?
  • kłamiecie, ze sprzedawałam kosmetyki Arbonne na Allegro i za to też grozi mi sprawa w sądzie?
  • straszycie mnie prawnikiem, który tak naprawdę nie istnieje ?(a co myśleliście, że nie mam wtyków w tej branży i nie zlecę nikomu odszukania rzekomego prawnika zza oceanu, mając do dyspozycji jego imię i nazwisko, a który ponoć zaraz po publikacji wpisu wytoczył mi sprawę?).

Naprawdę wierzcie mi, zapewniacie mi taką rozrywkę, jak mało kto (i to w dodatku bezpłatną). A może to ja wytoczę Wam sprawę o zniesławienie i w myśl art. 212 § 3 k.k. zapłacicie mi odszkodowanie za poniesione straty moralne? 

Żeby nie było, że ze mnie aż taka wredna zołza (chociaż i tak zapewne usłyszę to z ust arbonnowców), zostawiam was (przedstawiciele Arbonne) i Was (drodzy czytelnicy) z przyjemną dla ucha piosenką. Liczę na to, że u niektórych osób, przyhamuje ona dobitnie rozwiniętą nad wyraz fantazję.


Dla moich kochanych czytelników mam jeszcze jedną ważną sugestię: 

„Nie bierzcie do siebie hejtu. To hejter jest słaby, a nie Wy. Nie rezygnujcie z tego co robicie, myślicie i mówicie, 
tylko ze względu na hejterów” (SKARB, nr 06.2016, str. 33).

Widzę hejterze, że jest ci smutno
Znienawidziłeś już całą ludzkość
Współczuję szczerze ci, bidulo
Przytulę cię, jakbym był twoja matulą
Wiem, że w życiu bywa ciężko
Ale cudzy sukces nie jest twoją klęską
Ciągle piszesz na innych kalumnie
Sfrustrowany hejter, to nie brzmi dumnie
Jesteś zły, emanujesz tym
Kiedyś zmądrzejesz i będzie ci wstyd
Przestań pokazywać swoją słabość
Odłóż niepotrzebne fochy na bok

28 marca 2017

Pomarańczowy sorbet od Sylveco. Recenzja kremu brzozowo - rokitnikowego z betuliną (straganzdrowia.pl)

Jakiś czas temu skończył się mój ulubiony krem nawilżający do twarzy, dlatego też rozpoczęłam poszukiwania godnego mu zastępcy. Zapewne pomyślicie sobie teraz, że błędem jest odchodzenie od sprawdzonego kosmetyku i eksperymentowanie z innymi. Oczywiście przyznam Wam w tej kwestii rację. Nie zmieni to jednak faktu, że lubię poznawać coraz to nowsze produkty, gdyż to właśnie dzięki nim przekonuję się, czego tak naprawdę potrzebuje moja skóra. A ta jest niestety dość wymagająca i łasa na wszystko to, co może zapewnić jej odpowiedni poziom nawilżenia. 

Owocem moich poszukiwań okazał się krem brzozowo - rokitnikowy z betuliną od Sylveco. Bardzo cenię sobie tą markę, więc nie obawiałam się, że spotka mnie jakiekolwiek rozczarowanie. Kosmetyk otrzymałam za pośrednictwem sklepu straganzdrowia.pl 




Właściwości kremu brzozowo - rokitnikowego z betuliną:

  • niweluje drobne zmarszczki, zmniejsza i rozjaśnia blizny;
  • częściowo absorbuje promieniowanie słoneczne, zapobiega uszkodzeniom skóry spowodowanym promieniowaniem słonecznym;
  • przyspiesza gojenie się ran, stymuluje procesy regeneracji i odbudowy naskórka;
  • wygładza i odżywia cerę, nadaje jej zdrowy koloryt;
  • chroni przed działaniem wolnych rodników, spowalnia procesy starzenia się skóry;
  • przeciwdziała nadmiernemu rogowaceniu i złuszczaniu się naskórka;
  • likwiduje uczucie ściągnięcia i swędzenia;
  • wzmacnia odporność skóry na działanie szkodliwych czynników zewnętrznych. Źródło: [KLIK]






Krem został zapakowany w kartonik, który bardzo ucieszył moje oczy. Jest on dość nietypowy, a jednocześnie pomysłowy i zawiera w sobie drugie „wieczko”, przyozdobione motywem rokitnika zwyczajnego [łac. Hippophae rhamnoides]. Po jego uchyleniu, ukazuje się nam okrągły słoiczek oraz ulotka, zawierająca obszerną informację o składnikach, jakie kosmetyk w sobie zawiera. Opakowanie kremu to z kolei klasyczny słoiczek o pojemności 50 ml, zabezpieczony plastikową nakrętką. 




Krem brzozowo - rokitnikowy z betuliną posiada tłustą i zbitą konsystencję, która w zetknięciu z naszymi dłońmi bardzo szybko topnieje. Jego pomarańczowa barwa jest wprawdzie intensywna, lecz w kontakcie ze skórą staje się transparentna. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam kolorek tego kosmetyku, od razu skojarzył mi się z brzoskwiniowym sorbetem :) Zapach kremu jest natomiast bardzo delikatny i nie drażniący. Jednym słowem - sama natura. 



Kosmetyk dobrze się rozprowadza i pozostawia po sobie tłustawy film oraz lekko święcącą się skórę. Mnie to jednak w ogóle nie przeszkadza. Moja cera jest aktualnie dość przesuszona, w związku z czym nasiąka produktem, niczym gąbka wodą. Podejrzewam, że szybkość wchłaniania kremu od Sylveco zależy od stanu przesuszenia skóry. Im jest ono większe, tym szybciej kosmetyk przedostaje się do głębszych warstw skóry. 

Produkt stosuję zarówno na noc, jak i na dzień, jako bazę do kosmetyków mineralnych. Ogromną zaletą tego kremu jest to, że po wieczornej aplikacji budzę się ze zregenerowaną, odpowiednio nawilżoną, gładką i ukojoną buźką. Kosmetyk świetnie sprawdza się też w przypadku innych partii ciała, jak szyja, dekolt czy też kolana oraz łokcie. Na efekty nie musiałam zbyt długo czekać. Już po tygodniu regularnego stosowania moja cera odżyła i uzyskała jednolity koloryt. Krem ponadto nie zapchał mojej skóry i pomógł uporać się z wypryskami oraz innymi niedoskonałościami, które dzień po dniu stawały się coraz mniej widoczne.

Kosmetyk ma jeszcze jeden plus - jest dość wydajny. Stosuję go od prawie miesiąca i jak sami możecie zauważyć, ubyło go stosunkowo niewiele. To oczywiście zasługa jego konsystencji która sprawia, że już niewielka ilość produktu wystarczy do pokrycia całej twarzy. 


Jak na markę Sylveco przystało, krem posiada krótki i w pełni naturalny skład, pozbawiony szkodliwych substancji. Kosmetyk nie zawiera syntetycznych konserwantów, dlatego też należy go zużyć w ciągu 3 miesięcy od dnia otwarcia. 


Skład kremu brzozowo - rokitnikowego z betuliną: 

  • Aqua (woda)
  • Glycine Soja (Soybean) Oil (olej sojowy) - odbudowuje naturalną barierę ochronną skóry, wygładza ją i uelastycznia. Ponadto łagodzi stany zapalne oraz reguluje nadmierne wydzielanie łoju.
  • Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil (olej jojoba) - wykazuje ogromne właściwości pielęgnacyjne, wspomaga naturalne funkcjonowanie skóry, reguluje ilość wydzielanego sebum oraz wzmacnia warstwę cementu międzykomórkowego, zachowując naturalną, kwaśną warstwę ochronną skóry.
  • Cera Alba (wosk pszczeli) - substancja natłuszczająca, uelastyczniająca i zmiękczająca skórę. Zapobiega również jej przesuszeniu.
  • Vitis Vinifera Seed Oil (olej z pestek winogron) - chroni skórę, łagodzi stany zapalne oraz spowalnia procesy starzenia. Olej z pestek winogron znakomicie rozświetla, tonizuje, wygładza oraz przeciwdziała powstawaniu zaskórników. Dodatkowo głęboko nawilża oraz zwiększa jędrność i napięcie skóry.
  • Hippophae Rhamnoides Oil (olej rokitnikowy) - naturale źródło witaminy A, C, E i K oraz flawonoidów, karotenoidów, soli mineralnych i kwasów tłuszczowych. Wykazuje właściwości przeciwbólowe, antyoksydacyjne oraz zwalczające wolne rodniki. Ponadto goi oparzenia i odmrożenia oraz nadaje skórze piękny koloryt.
  • Betulin (betulina) - substancja pozyskiwana z zewnętrznej warstwy kory brzozy. Posiada właściwości przeciwutleniające, przeciwzapalnie, antybakteryjne i przeciwgrzybicze. Betulina chroni komórki skóry przed wolnymi rodnikami oraz koi świąd i obrzęki, wywołane atopowym zapaleniem skóry lub łuszczycą. Zmusza organizm do tworzenia elastyny i kolagenu oraz dodatkowo zapobiega zaburzeniom dystrybucji melaniny w skórze i pojawianiu się niebezpiecznych zmian barwnikowych. Ponadto reguluje wydzielanie sebum, przez co pomaga w leczeniu trądziku pospolitego oraz różowatego.
  • Sodium Stearate (stearynian sodu) - środek poślizgowy. Substancja ta jest wprawdzie bezpieczna, jednak może przesuszać wrażliwą skórę oraz włosy. W dużych ilościach może podrażniać oczy.
  • Citric Acid (kwas cytrynowy) - usuwa przebarwienia i rozjaśnia skórę. Może jednak wywoływać podrażnienia skóry, oczu i dróg oddechowych.


Jestem ciekawa, co sądzicie o marce Sylveco i czy mieliście  już okazję 
przetestować na sobie krem brzozowo - rokitnikowy z betuliną? 
Czekam z utęsknieniem na Wasze komentarze :)

26 marca 2017

Niezwykłe właściwości oleju z nasion konopi siewnej w balsamie Bio karité od Saloos Naturcosmetic (ecostory.pl).

W ostatnim wpisie wspomniałam Wam o swojej współpracy ze sklepem internetowym ecostory.pl, w ramach której otrzymałam do testowania dwa produkty. O pierwszym z nich, czyli pomadce z melisą i olejkiem tea tree pisałam tutaj: [KLIK]
Dziś przedstawię Wam drugi kosmetyk - balsam konopny Bio karité marki Saloos Naturcosmetic



Krótko o marce

Saloos należy do najlepiej rozpoznawalnych producentów aromaterapeutycznych biokosmetyków. Dbałość o najwyższą jakość i dobrą cenę produktów sprawiła, że bardzo szybko stała się jedną z najpopularniejszych na rodzimym rynku marek, cieszącą się uznaniem klientów w ponad 15 krajach. To ona jako pierwsza w Czechach uzyskała certyfikat CPK BIO będący potwierdzeniem, że oferuje swoim klientom produkty bazujące na składnikach pochodzących jedynie z upraw ekologicznych. Więcej o certyfikacie CPK BIO przeczytacie tutaj: [KLIK] 

Zapewnienia producenta

„Kompozycja składników balsamu została specjalnie dobrana do potrzeb skóry wymagającej i problemowej - suchej, przesuszonej lub pękającej. Wyjątkowe połączenie oleju z konopi siewnej, masła shea i cennych wosków roślinnych, ma doskonałe właściwości natłuszczające, zmiękczające i regenerujące. Bio karité balsam konopny jest również odpowiedni do pielęgnacji skóry z zagojonymi oparzeniami.” Brzmi bardzo ciekawie :) 
Kosmetyk został umieszczony w okrągłym plastikowym opakowaniu. To, co wyróżnia go na tle innych tego typu produktów to jego wielkość. Opakowanie jest znacznie mniejsze i bardziej płaskie, przez co bez problemu wrzucimy je do torebki, czy też kieszeni w spodniach. Ma ono jeszcze jedną zaletę - wydobędziemy z niego taką ilość produktu, jakiej faktycznie potrzebujemy. Wieczko opakowania nawiązuje nie tylko do natury, ale i barwy samego balsamu, która jest nietypowa, bo ciemnozielona. Zapach z kolei jest bardzo delikatny, nienachalny oraz przyjemny dla mojego nosa, gdyż go nie drażni. 

Mimo, iż balsam konopny posiada kremową, lekko tłustawą i nie przeciekającą przez palce konsystencję, to nie pozostawia na skórze nieprzyjemnego lepkiego filmu. Dobrze się rozciera, przez co można go stosować nawet podczas masażu całego ciała. 



Balsam Bio karité nakładam zawsze po wyjściu spod prysznica i tuż przed pójściem spać. Stosuję go na całe swoje ciało, za wyjątkiem twarzy. Producent oczywiście nie wyklucza możliwości aplikacji kosmetyku na buźkę, ale ja akurat tego nie robię. Balsam konopny doskonale koi moją skórę oraz sprawia, że staje się ona aksamitnie gładka, jędrna oraz przyjemna w dotyku. Dzieki niemu odzyskała ona właściwy poziom nawilżenia i zregenerowała się, a ja zapomniałam o dyskomforcie w postaci nieprzyjemnego ściągnięcia oraz miejscowego przesuszenia (głównie w okolicach łokci jak i łydek). 

Skład balsamu konopnego Bio karité

  • Butyrospermum Parkii / Shea Butter (masło shea) - składnik bogaty w kwasy tłuszczowe oraz witaminy A, E i F. Regeneruje i odnawia zniszczony naskórek, łagodzi podrażnienia, przyspiesza procesy gojenia oraz wygładza skórę, chroniąc ją jednocześnie przed niesprzyjającymi czynnikami zewnętrznymi.
  • Cannabis Sativa (Hemp) Seed Oil (olej z nasion konopi siewnej) - działa przeciwzapalnie i przeciwtrądzikowo, posiada zdolność głębokiej penetracji tranek oraz ułatwia przenikanie składników aktywnych w głąb skóry.
  • Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil (olej nasion jojoba) - wykazuje ogromne właściwości pielęgnacyjne, wspomaga naturalne funkcjonowanie skóry, reguluje ilość wydzielanego sebum oraz wzmacnia warstwę cementu międzykomórkowego, zachowując naturalną, kwaśną warstwę ochronną skóry.
  • Cera Alba (wosk pszczeli) - substancja natłuszczająca, uelastyczniająca i zmiękczająca skórę. Zapobiega również jej przesuszeniu.
  • Candelila Cera (wosk candelila, wosk kandelila) - substancja pochodzenia roślinnego, otrzymywanya z liści i łodyg wilczomlecza. Stabilizuje emulsję, natłuszcza skórę oraz sprawia, że staje się ona elastyczna i gładka.
  • Tocopherol (witamina E w czystej formie) - biologiczny antyutleniacz przyspieszający tworzenie kolagenu i elastyny oraz zwalczający wolne rodniki.
  • Ascorbyl Palmitate (palmitynian askorbylu, trwała postać witaminy C) - substancja przywracająca jędrność i elastyczność skóry. Wzmacnia ścianki naczyń krwionośnych, rozjaśnia skórę oraz wpływa na spłycenie zmarszczek. Dodatkowo wydłuża datę przydatności kosmetyku i zabezpiecza go przed powstawaniem nieprzyjemnego zapachu oraz zmianami w konsystencji i barwie. 
  • Ascorbic Acid (kwas askorbinowy, witamina C) - działa przeciwzapalnie, wyrównuje koloryt skóry, rozjaśnia plamy i przebarwienia oraz spowalnia procesy starzenia. 



Co sądzicie o balsamie konopnym Bio karité? Mieliście okazję już się z nim spotkać? 
Czekam na Wasze komentarze :)

22 marca 2017

Ukoić spierzchnięte i popękane usta - recenzja pomadki Regina Kosmetika z melisą i olejkiem tea tree.

Jakiś czas temu podjęłam współpracę ze sklepem internetowym ecostory.pl, który posiada w swojej ofercie godne uwagi kosmetyki. Co mnie do tego przekonało? Przede wszystkim fakt, że sklep posiada w swoim asortymencie produkty naturalne, których próżno szukać u innych sprzedawców. Skusiły mnie również przystępne ceny oraz informacja, że sklep nie rozprowadza produktów, które testowano na zwierzętach.

Z oferty sklepu ecostory.pl wybrałam dwa kosmetyki. Dziś przedstawię Wam jeden z nich - pomadkę z melisą i olejkiem tea tree.




Kosmetyk polecany jest szczególnie dla ust suchych, spękanych oraz skłonnych do tworzenia się tzw. kącików, czy opryszczki. Bazą pomadki jest naturalny kompleks triglicerydów pochodzących z tłuszczu zwierzęcego, rozpuszczony w mieszance farmaceutycznej wazeliny i parafiny. Takie połączenie składników nadaje pomadce doskonałe właściwości okluzyjne i natłuszczające, dzięki którym doskonale chroni wrażliwą skórę ust przed przesuszeniem, podrażnieniami, czy niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi. Źródło: [KLIK]

Pomadka została zapakowana w klasyczny kartonik o biało - zielonej kolorystyce. W środku znajduje się solidne plastikowe opakowanie, a w nim kosmetyk w formie poręcznego sztyftu, który możemy wykręcać i wkręcać do woli. Takie rozwiązanie sprawia, że pomadka jest bardzo wygodna w użytkowaniu i wyklucza możliwość zanieczyszczenia kosmetyku, co może się zdarzyć w przypadku produktów zamkniętych w słoiczku, które musimy nakładać palcami.




Pomadka posiada dość specyficzną woń. Jeśli lubujecie się w ziołowych zapachach, to z pewnością nie będzie on Wam przeszkadzał. Dla mnie jest jednak troszkę za intensywny i przypomina miętę, której niestety nie znoszę. Koleżanka, której pomadkę podsunęłam pod nos stwierdziła natomiast, że ten zapach kojarzy się jej z maścią, którą kiedyś nacierano dzieci w celu udrożnienia dróg oddechowych. Mogę zatem stwierdzić, że ilu ludzi - tyle różnych opinii. Najlepiej zatem samemu przetestować na sobie kosmetyk i przekonać się, czym tak naprawdę pachnie :)

Pomadka ma lepką konsystencję, która trzyma się warg, ale ich nie skleja. Kosmetyk dobrze się nakłada i stapia z naturalnym kolorem ust. Raz zaaplikowana pomadka pozostaje na swoim miejscu dwie - trzy godziny. Jest dość odporna na spożywane pokarmy, wypijane napoje, jak i skradane całusy :) 




Moje usta smaruję pomadką kilka razy w ciągu dnia - jak mi się przypomni. Nakładam ją nie tylko przed wyjściem na dwór, ale i będąc w domu, np. siedząc przed laptopem lub kładąc się spać. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że aplikacja pomadki stała się dla mnie pewnego rodzaju rytuałem. 

Pomadka zapewnia ukojenie suchym i spierzchniętym wargom oraz chroni je przed wpływem czynników atmosferycznych tj. słońce, wiatr czy mróz. Dzięki niej z dnia na dzień stają się one miękkie i gładkie oraz odpowiednio natłuszczone i nawilżone. Jednym słowem - regeneracja totalna :) 

Skład pomadki z melisą i olejkiem tea tree

  • Petrolatum (wazelina) - substancja syntetyczna, otrzymywana z ropy naftowej. Uniemożliwia odparowywanie wody z naskórka, przez co nawilża, zmiękcza i natłuszcza. Wazelina wpływa także na konsystencję kosmetyku, nadając mu odpowiednią lepkość.
  • Paraffin (olej parafinowy / olej mineralny) - substancja otrzymywana w wyniku destylacji ropy naftowej. Często ukryty pod nazwami: Mineral Oil, Paraffin Oil, White Oil. Ma działanie zmiękczające i antystatyczne. Niestety może zapychać skórę, sprzyjać powstawaniu zaskórników oraz obciążać włosy. W przypadku pomadek jednak nam to nie grozi :)
  • Isopropyl Myristate (and) Melissa Officinalis Leaf Extract (mirystynian izopropylu, ekstrakt z melisy) - emolient dopuszczony do stosowania w kosmetykach naturalnych. Wykazuje działanie przeciwzapalnie, tonizuje, odświeża i oczyszcza. Łagodzi wszelkiego typu podrażnienia i uszkodzenia naskórka oraz chroni skórę przed promieniowaniem ultrafioletowym. Ponadto posiada właściwości antyoksydacyjne i przeciwstarzeniowe. 
  • Caprylic/Capric Triglyceride (trójgliceryd kaprylowo - kaprynowy) - substancja natłuszczająca oraz wygładzająca. Sprawia, że skóra staje się miękka, elastyczna i gładka.
  • Copernicia Cerifera Cera (wosk karnauba) - substancja natłuszczająca, zmiękczająca oraz uelastyczniająca skórę. Jest również regulatorem konsystencji oraz wpływa na lepkości kosmetyku.
  • Squalane (skwalen) - aktywny składnik otrzymywany z oliwy z oliwek. Posiada własności antybakteryjne, przeciwgrzybiczne, odżywcze i regenerujące.
  • Butyrospermum Parkii Butter (masło shea) - składnik bogaty w kwasy tłuszczowe oraz witaminy A, E i F. Regeneruje i odnawia zniszczony naskórek, łagodzi podrażnienia oraz przyspiesza procesy gojenia. Ponadto wygładza skórę i chroni ją przed niesprzyjającymi czynnikami zewnętrznymi.
  • Melaleuca Alternifolia Leaf Oil (olejek z liści drzewa herbacianego) - silny antyspetyk. Działa przeciwbakteryjnie i przeciwwirusowo oraz pomaga w zaleczaniu już istniejących zmian pochodzenia bakteryjnego i wirusowego.
  • Tocopherol (witamina E w czystej formie) - biologiczny antyutleniacz przyspieszający tworzenie kolagenu i elastyny oraz zwalczający wolne rodniki. Działa promieniochronnie, przyczynia się do wygładzenia skóry i koi ewentualne stany zapalne.
  • Ubiquinone (koenzym Q10) - chroni kolagen i elastynę przed degradacją, spowalnia proces starzenia się skóry oraz chroni ją przed działaniem wolnych rodników. Dodatkowo wpływa na jej elastyczność, jędrność i koloryt. 
  • Limonene (limonen) - potencjalnie alergenny wzmacniacz zapachu. Imituje zapach skórki cytrynowej


I jak Wam się podoba moja pielęgnująca pomadka?

17 marca 2017

Cebula na porost włosów? Recenzja szamponu i maski marki Babaria.

Sezon jesienno - zimowy to okres dość nieciekawy zarówno dla mnie, jak i moich włosów. Odnoszę wówczas wrażenie, że żyją one własnym życiem i za żadne skarby nie chcą się słuchać. O ile przesuszone kosmyki i kruszące się końcówki jestem jeszcze w stanie przeżyć, to wypadające w całości włosy spędzają mi sen z powiek. 


Moje włosy nigdy nie miały ze mną lekko. Uwielbiam eksperymentować, dlatego też poddawałam je różnorodnym zabiegom, które oczywiście nie zawsze im służyły. Zaczęłam od pogłębiania naturalnego koloru już w wieku 16 lat. Były też i pasemka, trwała oraz żółty blond uzyskany z pomocą rozjaśniacza. Potem nastąpił przełom i powrót do natury, co trwało blisko 5 lat. Dopiero teraz zdecydowałam się na zmiany i z okazji zbliżającej się wiosny, machnęłam sobie sombre.

Mimo, iż katowałam swoje włosy przez tyle lat, one były posłuszne i nie protestowały. Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy i tak też było w moim przypadku. Od jakiegoś czasu moje włosy bardzo wypadają. Oczywiście wspomagałam się suplementacją, która zahamowała ten proces na jakiś czas. Niestety utraconych włosów już nie odzyskałam. 

Po ostatniej wizycie u fryzjera postanowiłam coś z tym fantem zrobić - wersja oficjalna. Wersja nieoficjalna - zostałam do tego przymuszona :) Moja fryzjerka stwierdziła, że dopóki nie zapuszczę włosów i nie zapanuję nad ich wypadaniem, nie będę zadowolona z fryzury i nie uzyskam takiego efektu, na jakim mi zależy. Takie postawienie pod murem sprawiło, że w końcu się ocknęłam i zabrałam do roboty.

Zaczęłam oczywiście od szukania odpowiednich preparatów. Chciałam postawić na konkretny kosmetyk, ponieważ parzenie kozieradki już mi totalnie zbrzydło. Za cel obrałam sobie preparaty wielozadaniowe, które nie tylko zregenerowały by moje włosy ale i sprawiły, że te zaczęły by szybciej rosnąć. Szukałam, szukałam i tak natrafiłam na stronę marki Babaria, o której dotąd jeszcze nie miałam okazji usłyszeć. 

Z oferty producenta wybrałam dwa produkty:
  • Szampon cebulowy
  • Cebulową maskę



Zanim zapoznam Was ze szczegółami dotyczącymi powyższych kosmetyków, zachęcam Was do zapoznania się z ideą, jaka przyświeca marce Babaria.
  
Kosmetyki Babaria, znane i cenione w wielu krajach świata, produkowane są w Hiszpanii, w Cheste (Walencja) przez rodzinną firmę Berioska.

Dla Firmy Berioska najważniejszym celem jest jakość produktów, zgodna z najlepszymi praktykami wytwarzania kosmetyków w każdym z procesów, począwszy od zamówienia a skończywszy na wysyłce kosmetyków.

W celu zapewnienia bezpieczeństwa produktów, testy kosmetyków wykonywane są tylko i wyłącznie na ochotnikach, nigdy na zwierzętach.

Cały proces testów nadzorowany jest przez odpowiednich specjalistów. Laboratorium Babaria uzyskało jako jedno z pierwszych w Hiszpanii certyfikat GMP (Good Manufacturing Practice) - Dobrej Praktyki Wytwarzania w dziedzinie Kosmetyków.

Gwarantujemy, że produkty Babaria to kosmetyki, które są odpowiednio produkowane do zamierzonego zastosowania. Zapewniamy, że nasi konsumenci nie są narażeni na ryzyko z powodu wad w zakresie bezpieczeństwa, jakości i skuteczności. Jednocześnie chcemy podkreślić, iż kosmetyki Babaria posiadają wysoki % składnika aktywnego (krem z jadem węża aż 4%, krem ze śluzu ślimaka aż 20%, balsam naprawczy aż 99% czystego 100% aloesu, krem do rąk i stóp aż 20% mocznika i wiele innych)."
Źródło: [KLIK]

Cebulowa pielęgnacja

Pewnie wielu z Was zastanawia się, jak wyglądają i przede wszystkim - jak pachną kosmetyki, posiadające w swoim składzie celulę. W końcu nie należy ona przecież do grona najbardziej uwielbianych warzyw. Ja też zaliczam się do osób, które nie darzą cebuli ogromną sympatią. Drażni mnie jej silny zapach, wywołujący nieprzyjemne pieczenie oczu oraz wyciskający łzy. Z tego właśnie powodu podchodziłam sceptycznie do maski i szamponu Babaria. Sądziłam, że po ich zastosowaniu moje włosy będą nieprzyjemnie pachniały. Czy tak faktycznie było? Nie :) 

Zapach moich włosów po aplikacji szamponu i maski w niczym nie przypomina cebuli. Wszystko to za sprawą kompozycji zapachowej, która nadaje kosmetykom przyjemny zapach. A czy kuracja przyniosła jakiekolwiek efekty? O tym przeczytacie poniżej :)

Cebulowy szampon

Szampon został zamknięty w butelce w formie tuby, która mieści w sobie aż 600ml produktu. Dla mnie takie rozwiązanie ma swoje plusy i minusy. Duże opakowanie pozwala zaoszczędzić pieniądze i starcza na dłużej. Wadą jest jednak to, że w przypadku małych i łazienek tak ogromna butla może zawadzać. Wiem, że to nie mebel bym mogła twierdzić, że jest nieustawny i pewnie bijecie się teraz w czoło czytając moje wywody ale mam cichą nadzieję, że chociaż posiadacze niewielkich rozmiarów pryszniców zrozumieją, co autor miał na myśli :)




Szampon posiada łagodny zapach, malinowy kolor i typową dla tego produktu konsystencję. Dobrze się rozprowadza i pieni. To oczywiście zasługa laurylosiarczanu sodu (SLS), który znajduje się wysoko na liście INCI. Powiem szczerze, że niezbyt podoba mi się to, że produkt zawiera w sobie ten właśnie detergent. Myślę, że producent spokojnie mógłby zdecydować się na łagodniejszą substancję. 




Produkt dedykowany jest dla każdego rodzaju włosów, a w szczególności dla mocno zniszczonych i przesuszonych. Jego zaletą jest to, że dobrze oczyszcza i odświeża oraz nie wywołuje swędzenia skalpu. Producent zapewnia, że regularne stosowanie szamponu zwalcza wypadanie włosów oraz chroni ich kolor (naturalny oraz farbowany). Ponadto poprawia kondycję skóry głowy oraz łagodzi stany zapalne.

Skład cebulowego szamponu:

  • Aqua (Water) (woda).
  • Sodium Laureth Sulfate (laurylosiarczan sodu) - SLS daje się we znaki szczególnie wrażliwcom, u których prowadzi m.in. do podrażnienia błony śluzowej jamy ustnej, krwawienia dziąseł oraz pojawienia się aft i pleśniawek. SLS obniża stężenie estrogenów oraz wzmaga niekorzystne objawy menopauzy. Może również wysuszać włosy i sprawić, że staną się wysuszone i łamliwe. Brak zaistnienia powyższych objawów nie oznacza, że wszystko jest w porządku. SLS wykazuje bowiem działanie rakotwórcze oraz wpływa na gospodarkę hormonalną naszego organizmu.
  • Cocamidopropyl Betaine (kokamidopropylobetaina) - substancja bardzo łagodna dla skóry i błon śluzowych. Nawilża i redukuje podrażnienia.
  • Cocamide DEA (dietanoloamid kwasów tłuszczowych z oleju kokosowego) - substancja myjąca i wytwarzajaca pianę. Badania na Uniwersytecie w Bolonii dowiodły, że substancja ta wywołuje uczulenia u dzieci oraz działa drażniąco na błony śluzowe i skórę w okolicach pachwin. Ponadto wykazuje działanie kancerogenne (rakotwórcze), a w dużych ilościach prowadzi do śmierci płodu oraz poronienia.
  • Sodium Chloride (chlorek sodu, czyli pospolita sól) - substancja polerująca, ścierająca i redukująca nieprzyjemny zapach. Może wysuszać skórę głowy i działać na nią drażniąco wywołując świąd.
  • Parfum (Fragrance) (chemiczne substancje zapachowe) - posiadają zdolność do odkładania się w organizmie i powodowania raka. Działają podobnie jak hormony, a w wysokich dawkach mogą nawet uszkadzać komórki wątroby.
  • Allium Cepa Bulb Extract (ekstrakt z łupin cebuli) - składnik o działaniu oczyszczającym, antyseptycznym i bakteriobójczym. Ekstrakt z cebuli wzmacnia włosy i pobudza je do wzrostu.
  • Polyquaternium-7 (polikwaternium) - syntetyczny polimer, mikroplastik. Wygładza włosy i zapobiega ich elektryzowaniu się. Dodatkowo poprawia stabilność piany oraz wpływa na poślizg kosmetyku. Składnik kontrowersyjny, stanowiący zagrożenie dla połykających je ryb i innych wodnych stworzeń, które uważają je za pokarm, a które my później razem z tym plastikiem zjadamy.
  • Glycerin (gliceryna) - tworzy ochronny film, zapobiega ucieczce wody, wzmacnia odporność skóry na szkodliwe czynniki pochodzenia zewnętrznego oraz łagodzi podrażnienia i stany zapalne. Substancja ta przyciąga cząsteczki wody z otoczenia i gromadzi je na powierzchni skóry. Taki efekt uzyskuje się jednak tylko wtedy, gdy wilgotność powietrza nie jest mniejsza niż 65%. W innym przypadku gliceryna pobiera wodę z dolnych warstw skóry i może ją wysuszać.
  • Citric Acid (kwas cytrynowy) - usuwa przebarwienia i rozjaśnia skórę. Może jednak wywoływać podrażnienia skóry, oczu i dróg oddechowych.
  • Tetrasosium EDTA (sól tetrasodowa kwasu wersenowego) - poprawia lepkość kosmetyku oraz wydłuża jego trwałość. Substancja ta bywa często zanieczyszczona. Posądza się ja także o wywoływanie raka. W wysokim stężeniu drażni skórę i błony śluzowe. Rozpylona może powodować nieżyt spojówek, kaszel oraz duszności. Tetrasosium EDTA posiada zdolność wiązania metali ciężkich, dlatego nie należy jej łaczyć z lekami zawierającymi miedź, żelazo, cynk, ołów, glin oraz bizmut. Odradza się także stosowanie kosmetyków zawierających w sobie Tetrasosium EDTA w trakcie kuracji antybiotykowej. 
  • Methylisothiazolinone (metyloizotiazolinon) - konserwant podrażniający skórę i wywołujący alergie. Badania na zwierzętach wykazały, że może uszkodzić komórki w układzie nerwowym, przez co jego stosowanie zostało zakazane w Japonii oraz Kanadzie.
  • Iodopropyl Butylcarbamate (butylokarbaminian jodopropynylu) - syntetyczny konserwant zapobiegający namnażaniu bakterii, pleśni oraz grzybów. Składnik toksyczny, drażniący skórę i błony śluzowe oraz wywołujący alergie. Nie może być stosowany w środkach do higieny jamy ustnej oraz kosmetykach do pielęgnacji ust. Jego dopuszczalne stężenie wynosi 0,05% 
  • Pottasium Sorbate (sorbinian potasu) - składnik pochodzenia chemicznego, który rzadko wywołuje reakcje alergiczne.
  • CI 17200 (D&C Red No 33) (fuksja) - barwnik pochodzenia syntetycznego o czerwono - niebieskim kolorze. Może niekorzystnie działać na skórę i cały organizm, dlatego też został dopuszczony do stosowania, ale ograniczonych stężeniach. 
  • CI 42090 (FD&C Blue 1) (błękit brylantowy) - barwnik pochodzenia syntetycznego o zielono - niebieskim kolorze. Zakazany do barwienia kosmetyków stosowanych w okolicach oczu.
  • CI 16035 (FD&C Red No 40) (czerwień Allura) - barwnik pochodzenia syntetycznego o pomarańczowo - czerwonym odcieniu. Wywołuje alergię skóry i dróg oddechowych, zwłaszcza w przypadku nietolerancji na aspirynę lub kwas benzoesowy. W niektórych krajach jest całkowicie zakazany.
  • Sodium Benzoate (benzoesan sodu) - nie kumuluje się w organizmie, dlatego też nie wywołuje efektów długofalowych. Jego maksymalne stężenie w produkcie nie może jednak przekroczyć 0,5%


Cebulowa maska

Kosmetyk przywędrował do mnie w białym plastikowym opakowaniu, opatrzonym fioletowym wieczkiem. W środku znajdziemy 400ml produktu. Maska posiada biały odcień oraz gęstą konsystencję, która nie przecieka przez palce. Podoba mi się zwłaszcza jej delikatny zapach, który w niczym nie przypomina nielubianej cebuli. 





Po maskę powinny sięgnąć zwłaszcza te osoby, które posiadają słabe i łamliwe włosy. Kosmetyk dobrze nawilża i wygładza kosmyki oraz sprawia, że stają się one mocniejsze i sprężyste. 

Maska zawiera w sobie:

  • Aqua (Water) (woda).
  • Stearyl Alcohol (alkohol stearylowy) - emulgator umożliwiający powstanie emulsji oraz wzrost jej lepkości. Zapobiega odparowywaniu wody ze skóry i włosów, przez co wykazuje pośrednie działanie nawilżające. Może sprzyjać powstawaniu zaskórników.
  • Octocrylene (oktokrylen) - chemiczny filtr UV, chroniący skórę przed promieniowaniem słonecznym. Znajduje się na liście substancji promieniochronnych dozwolonych do stosowania w ograniczonym stężeniu, które nie powinno przekraczać 10%. Oktokrylen posiada zdolność przenikania przez skórę. Może wywołać podrażnienia skórne, egzemę kontaktową oraz wpłynąć na gospodarkę hormonalną naszego organizmu. 
  • Cetyl Alcohol (alkohol cetylowy) - alkohol tłuszczowy. Tworzy na powierzchni włosów tzw. film, który zapobiega odparowaniu wody, przez co zmiękcza je i wygładza.
  • Behentrimonium Chloride (chlorek dokozylotrójmetyloamoniowy) - substancja różnego pochodzenia, zmiękczająca i wygładzająca włosy oraz zapobiegająca ich elektryzowaniu i plątaniu. Sprawia, że stają się one miękkie i wygładzone. Składnik ten może wywoływać podrażnienie skóry oraz zapalenie mieszków włosowych.
  • Cyclopentasiloxane (cyklopentasiloksan) - silikon lotny oparty na organicznym krzemie, który po pewnym czasie wyparowuje samoistnie z miejsca jego aplikacji. Przy długotrwałym stosowaniu może odkładać się w organizmie.
  • Parfum (Fragrance) (chemiczne substancje zapachowe) - posiadają zdolność do odkładania się w organizmie i powodowania raka. Działają podobnie jak hormony, a w wysokich dawkach mogą nawet uszkadzać komórki wątroby.
  • Allium Cepa Bulb Extract (ekstrakt z łupin cebuli) - składnik o działaniu oczyszczającym, antyseptycznym i bakteriobójczym. Ekstrakt z cebuli wzmacnia włosy i pobudza je do wzrostu.
  • PEG-12 Dimethicone (kopolimer tlenku etylenu i dimetikonu) - silikon pozostawiający na skórze oraz włosach tzw. film który sprawia, że włosy nie mogą oddychać, a zawarte w kosmetyku składniki odżywcze nie są w stanie dotrzeć w ich głąb. Oblepione silikonem kosmyki stają się obciążone i trudniej się układają. 
  • Phenyl Trimethicone (trimetikon fenylowy) - łagodny silikon, pochodna naturalnej krzemionki, nie wpływający negatywnie na skórę oraz włosy. 
  • Dimethiconol (dimetikonol) - kolejny łagodny silikon, nie wpływający negatywnie na skórę i włosy. Można go usunąć za pomocą łagodnych detergentów. 
  • Glycerin (gliceryna) - tworzy ochronny film, zapobiega ucieczce wody, wzmacnia odporność skóry na szkodliwe czynniki pochodzenia zewnętrznego oraz łagodzi podrażnienia i stany zapalne. Substancja ta przyciąga cząsteczki wody z otoczenia i gromadzi je na powierzchni skóry. Taki efekt uzyskuje się jednak tylko wtedy, gdy wilgotność powietrza nie jest mniejsza niż 65%. W innym przypadku gliceryna pobiera wodę z dolnych warstw skóry i może ją wysuszać.
  • DMDM Hydantoin (DMDM Hydantoina) - substancja uznana za rakotwórczą, drażniącą i przyspieszającą starzenie skóry. Z powierzchni skóry wchłania się wprawdzie słabo, jednak może wywołać podrażnienia u osób uczulonych i posiadaczy skóry wrażliwej. W skrajnych przypadkach może zaburzać czynności gruczołów łojowych i powodować stany zapalne skóry. Kosmetyków z zawartością DMDM Hydantoiny nie należy stosować w okresie laktacji i ciąży. Według norm unijnych zawartość tej substancji w kosmetyku nie może przekroczyć 0,05% W przeciwnym razie kosmetyk musi posiadać oznaczenie „zawiera formaldehyd”.
  • Pottasium Sorbate (sorbinian potasu) - składnik pochodzenia chemicznego, który rzadko wywołuje reakcje alergiczne.
  • Sodium Benzoate (benzoesan sodu) - nie kumuluje się w organizmie, dlatego też nie wywołuje efektów długofalowych. Jego maksymalne stężenie w produkcie nie może jednak przekroczyć 0,5%
  • Citric Acid (kwas cytrynowy) - usuwa przebarwienia i rozjaśnia skórę. Może jednak wywoływać podrażnienia skóry, oczu i dróg oddechowych.
  • Isopropyl Alcohol (alkohol izopropylowy) - substancja będąca tanim zamiennikiem etanolu i alkoholu denaturowanego. U osób wrażliwych alkohol izopropylowy może powodować mdłości, wymioty, bóle głowy oraz rumieńce.


Efekty stosowania cebulowej serii

Kurację rozpoczęłam zaraz po otrzymaniu przesyłki od producenta, czyli 23 lutego. Od dostarczenia kosmetyków do mojego domu upłynęły trzy tygodnie więc sądzę, że mogę wydać już o nich stosowną opinię. 

Zacznę może od tego, że cebulowe kosmetyki Babaria spowodowały, iż moje włosy stały się miękkie w dotyku i nie są już tak niesforne jak do tej pory. Nadal zdarzają się im wprawdzie gorsze dni, ale jest ich zdecydowanie mniej niż dotychczas. Kosmyki nie kołtunią się, przez co nie mam problemów z ich rozczesaniem, nawet po wyjściu spod prysznica. Do niedawna musiałam rozplątywać je palcami, gdyż bezpośrednie potraktowanie ich szczotką lub grzebieniem kończyło się tragicznie i wiązało się ze sporą ich utratą. Teraz nie mam już takiego problemu:)

Włosy stały się elastyczne i nabrały blasku. Są też mocniejsze i już tak bardzo nie wypadają. Końcówki natomiast przestały się kruszyć i rozdwajać. Widać to oczywiście na szczotce, gdzie zostaje ich coraz mniej. Jestem z tego faktu bardzo zadowolona. Zauważyłam również, że stały się one bardziej podatne na stylizację. Moje loczki utrzymują się na głowie do kilka godzin bez konieczności spryskania ich lakierem utrwalającym. Wcześniej błyskawicznie się rozpadały i zamiast loczków, miałam delikatne fale. Jestem bardzo ciekawa, jaki efekt uda mi się uzyskać przy dłuższym stosowaniu obu produktów:)

A co Wy sądzicie o tej serii kosmetyków?