Szkodliwe substancje w kosmetykach na życzenie konsumenta?!

Do naskrobania tego wpisu zainspirowały mnie warsztaty organizowane przez znaną (chyba wszystkim) polską markę kosmetyczną. Odbywały się one pod koniec lipca w Gdyni, w ramach V edycji See Bloggers. Jeśli czytaliście relację z tego wydarzenia, to z pewnością jesteście zorientowani o jaką firmę dokładnie mi chodzi. Jeśli nie - polecam nadrobić zaległości :) 

Nie będę pisać o przebiegu samych warsztatów, bo nie to jest przedmiotem tego posta. Zamiast tego chciałabym się skupić na tym, co wydarzyło się pod ich koniec. 

W ramach podsumowania w/w spotkania, prowadzące pozwoliły dojść do głosu blogerom. Nie spodziewały się jednak tego, że niektóre pytania mogą okazać się nieco niewygodne. Autorem jednego z nich byłam oczywiście ja. Przez całe spotkanie siedziałam jak na szpilkach i patrzyłam z niedowierzaniem jak prowadzące próbują zaszczepić w nas (blogerach) przekonanie, że produkty firmy której są przedstawicielkami uchodzą za bezpieczne, hipoalergiczne oraz posiadają rekomendację Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego (obecnie funkcjonującego pod nazwą Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników). 

Spotkaliście się może z demotywatorem o treści: „słuchać kłamstw znając prawdę - bezcenne”? On chyba najlepiej zobrazowałby sytuację, w jakiej przyszło mi się znaleźć. Grzecznie odsiedziałam jednak swoje, a w myślach od czasu do czasu powtarzałam sobie jak mantrę stwierdzenie: „dajcie mi w końcu zadać to pytanie”. Kiedy nadarzyła się ku temu okazja, od razu podniosłam rękę i przed zadaniem pytania poprosiłam o mikrofon. Nie lubię wprawdzie przez niego nadawać, ale siedziałam w ostatnim rzędzie i obawiałam się, że moje pytanie nie dotrze do prowadzących. Wiadomo - szumy komunikacyjne i te sprawy… 


Z racji posiadanego przez siebie zawodu nauczyłam się, że formułując pytanie o niewygodnym wydźwięku, warto zacząć od czegoś pozytywnego. Swoją wypowiedź rozpoczęłam zatem od krótkiego podsumowania, sprowadzającego się do przypomnienia wszystkim, że produkty z którymi nas zapoznano są bezpieczne, nie uczulają i nie przyczyniają się do powstania jakiegokolwiek dyskomfortu. Takie wprowadzenie pozwoliło mi na uśpienie uwagi prowadzących przed zadaniem właściwej części pytania. Nie przytoczę Wam dokładnie, jak ono brzmiało. Mogę jedynie napisać, jaki problem poruszyłam i jaką odpowiedź uzyskałam. 

Bardzo interesowało mnie to, dlaczego marka stosuje w swoich kosmetykach do higieny intymnej szkodliwe surfaktanty anionowe, które uchodzą za substancje agresywne dla skóry, silnie ją wysuszają i sprawiają, że staje się ona bardziej przepuszczalna, a tym samym ułatwia transport innych szkodliwych substancji w jej głąb. Moje pytanie wywołało na twarzach prowadzących zdziwienie. Nie spodziewały się chyba tego, że ktoś może interesować się tym, co dany kosmetyk zawiera w swoim składzie. Musze jednak przyznać, że z tej niewygodnej substancji jedna z pań wybrnęła wzorowo. Tzn. mam na myśli, że udzieliła takiej odpowiedzi, jakiej się spodziewałam. 

Prowadząca zwaliła wszystko na… konsumentów, którzy jej zdaniem sięgają tylko po te produkty, które wytwarzają pianę. Dodała też, że kosmetyki z linii dla dzieci nie zawierają SLS-ów, więc są bardziej bezpieczne. Tym samym strzeliła sobie w kolano przyznając, że kosmetyki dla dorosłych wcale nie są takie dobre, jak chciano nam przez ten cały czas udowodnić. Mało tego - produkty z linii dla dziewczynek faktycznie nie zawierają w sobie laurylosiarczanu sodu, ale za to mają w sobie inny składnik, który działa podobnie jak SLS z tą różnicą, że jest ciut delikatniejszy. To mnie jednak nie przekonuje. Nigdy nie sięgnęłabym po taki produkt, a już na pewno nie polecała go małym dziewczynkom. Ale na tym polega biznes - sprzedajemy szkodliwe kosmetyki, by ktoś inny mógł zarabiać na produktach niwelujących pieczenie, swędzenie i upławy. A gdzie zdrowie i bezpieczeństwo potencjalnego klienta? No cóż, marki mają nas w głębokim poważaniu! Najważniejszy jest zysk. Reszta nie ma żadnego znaczenia. 

Dlaczego wspomniałam Wam o tym, że uzyskałam taką odpowiedź, jakiej dokładnie się spodziewałam? 

Dawno dawno temu wrzuciłam Wam na funpage na Facebooku link do artykułu w którym opisano, że konsumenci nie preferują kosmetyków nie wytwarzających piany. Oparto to na badaniach, na które powołała się również prowadząca udzielająca odpowiedzi na moje pytanie. Nie podała jednak do wiadomości, jaka jednostka zleciła te badania, a ja niestety nie mogę jej sobie przypomnieć. Wujek Google w tej kwestii także się nie wykazał. Jeśli jednak ktoś z Was wpadnie na ten artykuł jakimś cudem, to bardzo proszę o podlinkowanie go pod tym wpisem, albo na profilu na Facebooku. Będę ogromnie wdzięczna :) 


Wróćmy jednak do prowadzącej i jej odpowiedzi. Odbieram ją w następujący sposób: „stosujemy w swoich kosmetykach surfaktanty, ponieważ klienci nie kupują produktów niepieniących się. Wolimy zatem wepchnąć do nich rakotwórcze badziewie, które się sprzeda i zasili nasze portfele, niż przejść na naturalną stronę mocy i obserwować jak sprzedaż spada”. Być może ujęłam to zbyt dosadnie, ale tak to właśnie odbieram. 

Bardzo żałuję, że po zadaniu pytania oddałam mikrofon prowadzącej. Mogłabym jej wówczas wspomnieć o innej substancji powierzchniowo-czynnej, która jest znakomitą alternatywą dla szkodliwych surfaktantów anionowych i która dobrze się pieni, ale nie uczula i nie wysusza naszej skóry. Mowa tu o kokamidopropylobetainie (cocamidopropyl betaine), czyli substancji pozyskiwanej z kokosa. Jest ona łagodniejsza i wywołuje alergie jedynie w połączeniu z innymi substancjami, jak np. SLS. Liczę jednak na to, że jeszcze nie raz będę miała okazję wdać się w tego typu rozmowę. Marzy mi się, aby usiąść przy jednym stole z przedstawicielami wiodących marek i zadać im podobnej treści pytania. To chyba najlepsze rozwiązanie, bowiem na niewygodne meile nikt nie chce mi odpowiadać :) 

Nie chcę byście pomyśleli, że zależy mi na wywołaniu kolejnej gównobórzy. Chce Wam jedynie pokazać, że obietnice składane przez marki kosmetyczne pozostają zazwyczaj bez pokrycia. Zwracajcie zatem uwagę na to, co stosujecie i przede wszystkim - koniecznie czytajcie składy. Razem udowodnimy, że nie jesteśmy ciemną masą, której można wszystko wcisnąć i być może przyczynimy się do zmiany postawy niektórych marek. Co Wy na to?

Komentarze

  1. Przeczytałam z wielką przyjemnością i z jeszcze większą radością napiszę: zakochałam się w Twoim blogu! Ja nie mogłam być na SB ale podziwiam i biję brawo za wiedzę oraz odwagę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Owszem czytam składy, znam substancje szkodliwe, ale nie dajmy się zwariować większość z nich używana jest od lat lub zastąpiła substancje znacznie gorsze od siebie. Nasze mamy, babcie od zawsze używały produktów o średnich składach i większości z nich nic się nie stało. Oprócz tego wyeliminowanie pewnych substancji uważanych za szkodliwe, mogą zmienić działanie kosmetyku np. dzieje się tak w przypadku dezodorantów z aluminium, te które są go pozbawione w znacznej większości przypadków tylko neutralizują przykry zapach, jednak nie radzą sobie z problemem pocenia się. Doskonale wiem o tym, że nie powinno się blokować gruczołów potowych, jednak nie wyobrażam sobie pracując z ludźmi zrezygnować z klasycznych dezodorantów czy antyperspirantów mając świadomość, że mam problem z potliwością.
    Moim zdaniem w tej sytuacji kluczem jest bycie konsumentem świadomym, który wie z jakich szkodliwych składników korzysta i ewentualnie z których może zrezygnować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem to samo tyczy się parafiny, gliceryny czy sylikonów. Czy zawsze warto z nich rezygnować, nawet jeżeli kosmetyk X dobrze nam się sprawdza?

      Usuń
    2. Moim zdaniem zawsze istnieje jakaś alternatywa. Obecnie nurt eko coraz bardziej przybiera na sile, a społeczeństwo staje się bardziej świadome. Jeśli chodzi o te składniki które wymieniłaś to też staram się ich unikać. Może pod tym względem mam pewnego fioła, ale każdy przecież ma świra na jakimś punkcie :)

      Usuń
  3. Ja na składy czasem zwracam uwagę, ale nie zawsze. Już nie raz to co naturalne i z piękny składem zrobiło mi więcej krzywdy niż te "chemiczne" kosmetyki. Także ja z dystansem do tego podchodzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że naturalne kosmetyki czasem uczulają. Ja wolę jednak, żeby uczuliła mnie sama natura niż chemia :)

      Usuń
    2. Skutki używania kosmetyków chemicznych są bardziej długofalowe niż używanie naturalnych. Od naturalnych wyskoczy reakcja alergiczna, co też może być spowodowane tym, że ciągle stosujemy syntetyczne kosmetyki. Od maleńkości odnaturzamy swoje ciała, bo tu "oliwka" z Johnson's Baby, tu jakieś "ślicznie" pachnące Bambino, które na opakowaniu ma truskawki, a na kilometr czuć chemią, ale próbujemy się przekonać i nasz mózg widząc truskawki próbuje nas przekonać, że to rzeczywiście truskawki, a potem się dziwimy, że wyskakują nam uczulenia po naturze.
      Jak człowiek już bliżej pozna składy to wie jakie skutki uboczne niesie ze sobą stosowanie syntetyków. Niektóre substancje są silnie inwazyjne dla naszego organizmu, prowadzą do zaburzeń hormonalnych, potrafią rozregulować okres, doprowadzić do niepłodności czy do jej zaburzeń. Istnieje dużo publikacji naukowych na temat tego, że niektóre sunstancje kojarzy się z powstawaniem nowotworów- szczególnie dotyczy to aluminium w antyperspirantem i powstawaniu raka piersi. I nie są to jakieś mrzonki a'la lekarz Zięba.
      http://luskiewnik.strefa.pl/acne/toksyny.htm tu jest obszerna strona poświęcona każdemu składnikowi z osobna. To jakie sprytne i cwane są wielkie koncerny czy bardziej ludzie, którzy stoją na czele tych koncernów i jak najbijają w bambuko swoich konsumentów to się dowie ten co w drogerii odwróci reklamowane cudeńka i wczyta się w skład. Producent obiecuje mleczko do ciała na bazie olejku z mango, a olejek z mango jest na samym końcu składu po wszystkich syfiastych składnikach.

      Usuń
    3. Dziękuję za link - pędzę poczytać :)

      Usuń
    4. Toksyczna kosmetyczka super ;D. Choć mój komentarz był w "obronę" (dałam w cudzysłowie, bo dobry artykuł obroni się sam) dla Pani, która dostaje reakcji alergicznych. Chciałabym żeby go przeczytała. A co do zadania pytania Pani przedstawicielce firmy- super! Pokazać im, że ma się świadomość, że próbują nas oszukać i zobaczyc ich reakcje to jest bezcenne <3.
      Pozdrawiam ciepło 😘

      Usuń
    5. Ja również cieplutko pozdrawiam :*

      Usuń
  4. Bardzo ciekawy wpis! Nie byłam na tych warsztatach, ogólnie SB pod kątem merytorycznym oceniam bardzo źle. Z różnych względów.
    Wiesz mnie to po prostu bulwersuje. Zamydlić ludziom oczy, wmówić że są ciemną masą, która lubi jak się pieni!
    Świetny post - pozwolisz że przekażę dalej?

    OdpowiedzUsuń
  5. Już wiem o jakich warsztatach piszesz, wyszłam z nich bo były dla mnie słabe...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wytrzymałam do końca, bo zależało mi na zadaniu pytania :)

      Usuń
  6. Bardzo fajny post :) Owszem,mamy coraz większą świadomość co jest szkodliwe a co nie (zwłaszcza my,blogerki :) ) i nie lubimy jak się nam coś wmawia,to jest najbardziej wkurzające.
    Ja nie mam hopla na tym punkcie,tzn.jeśli chodzi o szkodliwe składniki.Bo nie służą mi np.zdrowe szampony bez SLS-ów ,coraz więcej naturalnych kosmetyków mnie uczula (a chemiczne wcale!),ale fakt że się nam wmawia coś co nie jest prawdą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby ta firma od początku była fair, to bym się jej nie czepiała. Podczas warsztatów z Lumene babeczka przyznała, że nie bazują tylko na substancjach naturalnych, ale i syntetycznych. Za to należy się im wielki szacunek. Nie wkurza mnie aż tak bardzo to, że sporo koncernów pakuje do swoich kosmetyków szkodliwe składniki. Z równowagi wyprowadza mnie jednak fakt, że większość z nich ukrywa tą toksyczną chemię za stwierdzeniami: "bezpieczny", "czysty", "eko" czy nawet "hipoalergiczny".

      Usuń
  7. Najważniejsza jest właśnie świadoma pielęgnacja. Żyjemy w czasach,gdzie praktycznie wszystko jest sztuczne. Warto właśnie zastanowić się czy kosmetyki,którymi chcemy się upiększyć, za jakiś czas nie wpłyną negatywnie na nasze zdrowie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dałaś mi do zrozumienia, że nie straciłam wiele nie jadąc na konferencję. Niestety, nie znam marki która nie chwali swoich produktów, a że komuś skóra zejdzie czy będzie się drapał jak dzika małpa, to jeszcze zarobi kolega dermatolog ;-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak się koło napędza i rączka rączkę myje :)

      Usuń
  9. Dokładnie, trzeba czytać składy. Producenci myślą, że napiszą na opakowaniu jaki produkt jest bezpieczny, a skład często mówi co innego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obietnice producenta bardzo rzadko mają odzwierciedlenie w składach ich produktów :/

      Usuń
  10. okrutne podejście do drugiego człowieka prezentują firmy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, dlatego warto być świadomym konsumentem :)

      Usuń
    2. oj tak bo rzeczywistość bywa okrutna, a jak widać producent wychodzi z założenia że konsument zna sie na składach

      Usuń
  11. Chyba wiem o jakich warsztatach mówisz, a Twój post mimo, że poruszył nielatwy temat bardzo przyjemnie się czytało! Wspaniałe podejście, nie krepujmy się pytać! :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie byłam na tych warsztatach, teraz nie żałuję. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  13. Prosty przykład na mnie, zwykły zmywacz do paznokci, bez acetonu który wyrządził więcej krzywdy a nie robił podstawowej funkcji czyli nie zmywał.. bardzo jestem ciekawa co pokarze badanie w laboratorium. Swoją drogą jesteś świetną skarbnicą wiedzy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam Twój przypadek i jestem zszokowana jakie zmiany skórne może wywołać zwykły zmywacz do paznokci :/

      Usuń
  14. Bardzo ciekawy i madry wpis. Ja np. mam uczulenie na Formadehyl, ktory czasem wystepuje w kosmetykach do paznokci. Juz na studiach przed anatomia nasz profesor powiedzial - kto pali papierasy, prosze daleko trzymac sie od formaliny.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też unikam formaldehydu. Kiedyś stosowałam odzywkę z Eveline, która zawierała go w sobie i do tej pory pamiętam, jak bolały mnie paznokcie.

      Usuń
  15. podziwiam Cię- za to, że miałaś odwagę zadać takie pytanie i poniekąd stanąć w szranki z prowadzącą ;) i podziwiam Cię również za wiedzę w tej materii. A co do meritum- biznes to biznes, niestety.

    OdpowiedzUsuń
  16. Super ich załatwiłaś ;) Mnie wkurza, że zarówno producenci kosmetyków jak i żywności piszą na opakowaniu jaki ich produkt jest super blablabla, w co wierzy osoba nie znająca się zupełnie na składach. :( już kij z tym, że np. napiszą, że produkt jest super odżywczy, a w przypadku bardzo suchej skóry się nie sprawdza, ale że jest delikatny, niedrażniący, nie powodujący uczulenia a mający w sobie silne detergenty czy niezbyt bezpieczne konserwanty itp.

    OdpowiedzUsuń
  17. Moje zdanie pokywa sie w czesci ze slowami Yasminelli. Wydaje mi sie ze ''najnowsze odkrycia'' ze ten czy tamten srodek nie jest najlepszy dla ciala to tylko nabijanie na nowo koniunktury. Czysty marketing. Jestem akurat po takich studiach i wiem co pisze. Te wszystkie '' nowinki'' sa po to by napedzic popyt na nowy inny produkt, by przebic konkurencje, zaszokowac klientele etc. Doceniam zawartosc drogocennych odzywczych skladnikow. Jednak rozmawialam z wieloma dermatologami i kosmetologami i wszycy mowia to samo , moi drodzy malo jako skladnik przenika do skory wlasciwej .nasza skora naprawde jest bariera ochronna. Lepiej lykac witaminy niz wierzyc w zapewnienia producentow o super dzialaniu tego czy innego mazidla. nasze cialo ,skora jest bariera ochronna przez ktora nie przenikaja wszystkie te skladniki. ;) Ja staram sie pielegnacje prowadzic prosto. Bez super-balsamow i ekstra-kremow ale calkiem-naturalnych tez nie lubie. Wyszukiwanie nowych ,,zbednych skladnikow,, to tez zabieg marketingowy. Ale to moje osobiste zdanie. Kazdy moze miec swoje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytalam nawet w jednym medycznym pismie o skorze. Ani te super drogocenne skladniki ani te ''zbedne'' nie przenikaja na prawde do wew. organizmu. Niemaja wiekszego wplywu na nas. Ja wole wypośrodkować wszystkie wciskane nam ''kity i hity'' ;) Pozdrawiam

      Usuń
  18. A ja nigdy nie mam głowy które substancje są szkodliwe. Musze się chyba ich nauczyć, bo jak stoję w sklepie wszystko mi się miesza, a te nazwy dla takiego co się nie zna są dość skomplikowane. Dzięki jednak za ten wpis. Chciałabym zobaczyć tą dyskusję, bo uwielbiam takie mini starcia ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. Hi dear, i'm a new follower of your blog, can you follow me on my blog?
    https://amoriemeraviglie.blogspot.it/

    OdpowiedzUsuń
  20. Niestety co prawda to prawda...konsumenci mają w d*** składy co jest bardzo przykre i mimo, że teraz jest boom na sprawdzanie składów to dalej reklama i cena wygrywają ;/ Sama mam obsesje na punkcie składów (pozdrawiam koleżanke z branży ;) ) i ogromnie drażnią mnie reklamy, youtuberki urodowe reklamujące shit a także same firmy profesjonalne które udają ekologiczne z szeregiem dziadostwa w składzie.Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  21. Czytam składy od niedawna... i żałuję, że wcześniej tego nie robiłam - a z tymi pieniącymi produktami - muszę przyznać, że przez długi czas sama tak miałam - teraz już nie... :) Nie mniej - przyznaję. Czasami świadomie sięgam po kosmetyki, które nie są do końca naturalne. Jednak wynika to chyba z tego, że mając 60 lat - wiadomo: skóra ma większe wymagania. I nie jestem pewna czy jedynie naturalne kosmetyki sprostają jej wymaganiom :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz