Strony

6 grudnia 2015

Historia walki o piękny uśmiech

Kto z Was może się pochwalić pięknymi białymi ząbkami? Rączki do góry. Chcę wiedzieć ilu Was jest. Osoby po zabiegu wybielania nie biorą udziału w grze :)

A ja? No cóż - podniosę rękę tak na pół. Natura nie obdarzyła mnie powalającym uśmiechem, dlatego też o względny wygląd swoich zębów musiałam walczyć na różne sposoby.
Dlaczego o tym piszę? Może dlatego, by ustrzec Was przed niepotrzebnym wydawaniem sporej ilości pieniędzy na specyfiki, które tak naprawdę wcale nie działają.

Zacznijmy od początku. Chcica na piękne białe zęby dopadła mnie w wieku 16 lat. Wcześniej nie zwracałam jakoś uwagi na to, że moje zębiska odbiegały od ogólnie przyjętego kanonu piękna. Na przełomie gimnazjum i szkoły średniej wsadzono mnie za ortodontyczne kraty, czego z sympatią oczywiście nie wspominam. Jeśli ktoś z Was także nosił stały aparat to wie, czym to pachnie :/

Kiedy w końcu udało uwolnić mi się z tego więzienia, dostałam prawdziwego szału i za wszelką cenę starałam się dążyć do tego, by moje zęby powalały blaskiem przy każdym uśmiechu.

Zaczęłam więc od past wybielających, które w moim przypadku całkowicie się nie sprawdziły. Wstyd się przyznać, ale jako nastolatka naiwnie wierzyłam w to, że jeśli na opakowaniu napisano, że produkt posiada właściwości wybielające, to dzięki niemu uda mi się uzyskać zadowalający efekt. Magia reklamy posiada jednak wielką moc :)

Po niefortunnych przygodach z pastami, przeszłam do etapu sprzedaży telewizyjnej, za pośrednictwem której nabyłam urządzenie emitujące niebieskie światełko. Na pewno pamiętacie tą reklamę:



Urządzenie stosowałam oczywiście zgodnie z zaleceniami producenta i nic - zero efektów. Po tym doświadczeniu odpuściłam sobie różne inne dziwactwa i wzięłam się za naturalne sposoby wybielania zębów. Dobrze trafiłam, bo akurat pojawiła się w Polsce metoda ssania oleju (oil pulling), którą jako pierwsza przedstawiła vlogerka Magda Pegowska.



Metoda ta uważna jest przez wiele osób za kontrowersyjną. Mnie to jednak w ogóle nie zniechęciło. W końcu kto jak kto, ale ja lubię eksperymentować :)

Ssanie oleju znakomicie oczyszcza i odtruwa organizm i to jest jego głównym zadaniem. Wybielanie zębów to tylko efekt pośredni. Mnie jednak zależało na tym najbardziej.

W Polsce tematem płukania olejem zajął się prof. Michał Tombak - zwolennik naturalnych metod leczenia. Twierdzi on, że w ciągu 30 minut przez jamę ustną przepływa około 3 litrów krwi. Olej wchłania wszystkie toksyny i substancje szkodliwe dla naszego organizmu i nie pozwala im przedostać się do naszego krwioobiegu.

Metoda ssania oleju pomaga zwalczyć:

  • bóle głowy (w tym uporczywe migreny), 
  • bóle gardła, 
  • katar 
  • alergię, 
  • zapalenie zatok, 
  • zapalenie oskrzeli, 
  • zapalenie migdałków, 
  • przewlekłe choroby krwi, 
  • choroby układu nerwowego, 
  • choroby żołądkowe, 
  • choroby grzybicze, 
  • choroby jelit, 
  • łuszczycę, 
  • obrzęki, 
  • trądzik i wiele innych.

Tombak do płukania poleca olej słonecznikowy, arachidowy lub oliwę z oliwek. Ja próbowałam słonecznikowego (próba nieudana) i lnianego (jeszcze bardziej nieudana). W ostateczności przerzuciłam się na olej kokosowy, który posiada przyjemny smak i błogi zapach. Dodatkowo sam w sobie zawiera już substancje działające, antybakteryjnie i przeciwgrzybiczo. Dla mnie okazał się on prawdziwym strzałem w dziesiątkę :D W początkowym stadium płukania miałam nawet wrażenie, jak gdybym kosztowała batonika Bounty :)

Kurację ssania oleju stosowałam przez około pół roku. Po miesiącu widać już było, że zęby zmieniły odcień na bardziej bielszy. Mało tego – przestałam chorować i każdego dnia po przebudzeniu czułam się taka lekka i wypoczęta. Mogę zatem z pełną stanowczością stwierdzić, że metoda ta jest jak najbardziej skuteczna. W nowym roku ponownie planuję do niej powrócić. Tym razem bardziej zależy mi jednak na detoksykacji i odzyskaniu wewnętrznej energii. Bielsze ząbki przecież już posiadam. Nie obrażę się jednak, jeśli ich odcień ulegnie jeszcze zmianie:)

Odpowiedzi na to, w jaki sposób stosuje się tą kurację znajdziecie w filmiku Magdy. Nie chcąc powielać jej wypowiedzi, zachęcam do jego obejrzenia.

Jak zwykle jestem też ciekawa, czy ktoś z Was stosował już tą metodę i z jakim skutkiem.

Piszcie Kochani :)

22 listopada 2015

Chemia vs. natura. Co nas uczula?

Od pewnego czasu obserwuję specyficzną nagonkę na kosmetyki naturalne, która dotyczy ich rzekomo znikomej skuteczności. Też zauważyliście, że z dnia na dzień pojawia się coraz więcej informacji, iż tego typu produkty są nieskuteczne i szkodzą naszej skórze? Nie mogłam oczywiście przejść obojętnie obok tego tematu i postanowiłam przyjrzeć się mu bliżej.

Wszystko zaczęło się od znajomej konsultantki Oriflame, która próbowała zaszczepić we mnie przekonanie, że kosmetyki naturalne nie są takie „cacy”, jak się na pierwszy rzut oka wydaje, że uczulają, wywołują alergie i co najważniejsze – w ogóle nie działają. Dotyczy to szczególnie produktów typu anty-aging dedykowanych dla kobiet po 50 roku życia. Nie jestem aż tak potworną wredotą i przyjmuję do wiadomości to, że ktoś może posiadać inne poglądy niż ja (dzięki temu posiadam motywację do stałego doskonalenia się w tym temacie i przede wszystkim - mam o czym pisać). Nie oznacza to jednak, że muszę się z nimi zgadzać.

Przyjmijmy zatem tezę, że „kosmetyki naturalne szkodzą skórze i nie działają”. A które tak naprawdę gwarantują nam 100% pewność, że w kontakcie z delikatną skórą nie wywołają reakcji alergicznej? Żadne! Kosmetyki drogeryjne i apteczne zawierają masę szkodliwych składników. Wystarczy uczulenie na jeden z nich i już zaczyna się podrażnieniowo - trądzikowy festiwal. 
Pamiętam sytuację, kiedy podarowałam mamicie na gwiazdkę zestaw kosmetyków przeciwstarzeniowych dedykowanych dla kobiet posiadających normalną cerą. Nie były to oczywiście produkty przysłowiowej firmy „Krzak”, ale znana i lubiana przez panie w każdym wieku marka. Pomijam już fakt, ile mnie to kosztowało. Wiem, że cena nie zawsze idzie w parze z jakością, ale jeśli kupujemy drogi kosmetyk renomowanej firmy, to powinniśmy wymagać od niego znacznie więcej.

Mamcia ma taką dziwną zasadę, że zanim nałoży coś na twarz, testuje to na skórze swoich rąk. Zawsze się z tego śmiałam tłumacząc jej, że niepotrzebnie marnuje sporą ilość produktu. Nie do śmiechu było mi jednak gdy okazało się, że po niedługim czasie skóra w miejscu nałożenia kremu zrobiła się czerwona i zaczęła swędzieć. Co za wstyd! Od tej pory nie obdarowuję swoich bliskich kosmetykami drogeryjno – aptecznymi. Nie mam ochoty psuć sobie świątecznego nastroju i wyrzucać pieniądze w błoto.

Inny przykład. Zakupiłam jakiś czas temu serię produktów (krem, serum i piankę), pomagających w walce z przebarwieniami, które lubią dręczyć mnie nagminnie o tej porze roku. Skusiłam się na kosmetyki, które posiadały wysoką recenzję na wizażu, nie patrząc oczywiście na ich skład. Tym razem to ja dostałam uczulenia mimo, iż generalnie należę do osób „gruboskórnych” i bardzo dobrze toleruję rozmaite składniki zawarte w kosmetykach. Cała seria szybko wylądowała w koszu. Mamita stwierdziła jednak, że szkoda pozbywać się nowych kosmetyków i że wykorzysta je w celu zniwelowania przebarwień na swoich dłoniach. W pełni podziwiam jej poświęcenie, gdyż nie należy ona do osób, które nakładają na siebie coś, co innym przed chwilą zaszkodziło. O dziwo tym razem obyło się bez żadnych niespodzianek. Mama nie dostała uczulenia, ale także nie pozbyła się przebarwień. Ja natomiast uszczupliłam swój portfel o kolejne kilkadziesiąt złotych.

Polak mądry po szkodzie - chciało by się rzec. Z przedstawionych sytuacji wyciągnęłam jednak stosowne wnioski i trzymam się z dala od naszpikowanego chemią dziadostwa. Mówi się, że każdy potencjalny konsument codziennie narażony jest na kontakt z blisko 4000 trującymi substancjami, które mają dbać o nasze piękno. Zwróćcie uwagę, że kosmetyki drogeryjne zawierają składniki pochodzące z przetwórstwa ropy naftowej, syntetyczne barwniki, chemiczne substancje zapachowe i rakotwórcze filtry przeciwsłoneczne, które przeważnie umieszcza się na początku INCI. To oznacza, że jest ich w składzie najwięcej. Dopiero pod koniec listy odnajdziemy substancje aktywne odpowiedzialne za właściwe działanie kosmetyku. Skoro ich udział w całym produkcie jest tak znikomy, to jak mamy oczekiwać, że spełni on nasze oczekiwania?

Wróćmy jednak do kosmetyków naturalnych, które rzekomo w ogóle nie działają i dodatkowo uczulają.
Od kilku lat bazuję na produktach pochodzenia naturalnego i dlatego też mogę dzielić się z Wami rzetelnymi informacjami na ten temat. Nigdy nie zdarzyło się, abym po ich zastosowaniu doznała jakiegoś dyskomfortu. Przeciwnie – moja skóra stała się nawilżona gładka i odżywiona. Skoro po zastosowaniu kosmetyków naturalnych posiadam takie odczucia, to nie mogę powiedzieć, że nie spełniają one swojej roli.
Podobnie jest i z uczuleniem. Jak dotąd nie spotkała mnie żadna nieprzyjemna niespodzianka i wierzę w to, że już nie spotka. Osoby posiadające delikatną skórę powinny liczyć się jednak z tym, że mogą wystąpić u nich jakieś (niepożądane) reakcje. Jest to jednak całkowicie naturalny proces. Skóra faszerowana do tej pory chemią odrzuca to, co całkowicie naturalne. Składniki aktywne zawarte w tego typu produktach są także silniejsze i jest ich o wiele więcej, co również może mieć wpływ na występowanie ewentualnych reakcji alergicznych. Ja osobiście wolałabym jednak by uczulała mnie natura, aniżeli toksyczna chemia.

A co z tą nagonką na produkty naturalne?
Moim skromnym zdaniem spiralę niechęci nakręcają głównie koncerny, które produkują kosmetyki naszpikowane chemią. Świadomość konsumentów rośnie z dnia na dzień, co nie jest dla nich na rękę, gdyż wiąże się to ze znacznym spadkiem sprzedaży. Firmy te prawdopodobnie wykorzystają mechanizm marketingu szeptanego i tym sposobem rozpowszechniają nieprawdziwe informacje, mające zniechęcić potencjalnych klientów do zakupu naturalnych produktów.

A co Wy o tym sądzicie? Macie podobne odczucia?
Czy kiedykolwiek dostaliście uczulenia od kosmetyków?

Czekam na komentarze :)

25 września 2015

Bloker spod ciemnej gwiazdy

Witajcie Kochani. Dawno mnie tu nie było. Nawał obowiązków zawodowych oraz osobistych sprawił, że ostatnio nie mam na nic czasu :/ Dziś postanowiłam jednak troszkę się zmotywować i znaleźć chwilę na wystukanie opinii o kosmetyku, który wszyscy z pewnością znają. Do stworzenia wpisu namówiła mnie Judyta, która jakiś czas temu poprosiła mnie o recenzję produktu, który rzekomo ma nam pomóc w walce z wrednym potem. Mowa o blokerze marki Ziaja.

Znacie go? Na pewno znacie :) W końcu za darmo nie dostał on Perły Rynku Kosmetycznego w 2011 roku.


Bloker Ziaji to dość kontrowersyjny produkt. Z jednej strony bywa wychwalany pod niebiosa za swoje działanie w walce z potem, z drugiej zaś – obrywa m.in. powodowanie podrażnień oraz za brzydki zapach. 

A co o kosmetyku mówi jego producent? 

Zacznijmy od tego, iż jego głównym zadaniem jest skuteczna redukcja nadmiernej potliwości oraz przykrego zapachu. Ma przy tym zapewniać długotrwałe uczucie świeżości. Bloker powinno się aplikować na noc przez 2-3 dni. Po tym okresie należy go stosować tylko 1-2 razy w tygodniu. Skóra pod pachami powinna być sucha i czysta. W żadnym wypadku nie należy nakładać produktu na skórę podrażnioną i po depilacji. 

Jeśli o mnie chodzi to jak zwykle mam mieszane odczucia. Po nałożeniu blokera skóra pod pachami szczypie. Szczególnie mocno da się to odczuć podczas pierwszej aplikacji. Odradzam drapanie, bo efekt będzie jeszcze gorszy. Wiem co mówię, bo przekonałam się o tym na własnej skórze. Piekło tak nieziemsko, że tylko prysznic przyniósł mi ukojenie. Jeśli komuś przyjdzie do głowy, żeby drapać pachy paznokciami, to niech lepiej na nie podmucha. Głupio to wygląda, ale uwierzcie, że pomaga :) Blokerem najlepiej posmarować się przed samym pójściem do łóżka i szybko zasnąć, zanim dopadnie nas uporczywe swędzenie. 

U mnie na początku pojawiło się także podrażnienie w postaci czerwonych plam i krostki przypominające wyglądem potówki. Zniechęciło mnie również to, że preparat bardzo powoli się wchłania i lepi. Pocenie zostało wprawdzie zminimalizowane, ale za to jakim kosztem. Drugi raz nie podjęłabym się już takiego wyzwania. 

Na stronie internetowej producenta znalazłam informację, że bloker nie zawiera parabenów, alkoholu oraz barwników. To się akurat zgadza. Niestety kosmetyk posiada w sobie o wiele gorsze substancje.


Oto pełen jego skład:

  • Aqua (Water
  • Aluminium Chloride (chlorek glinu) - zatyka pory w skórze, przez co hamuje naturalne zjawisko pocenia się. Substancja ta podrażnia układ immunologiczny, oraz może uszkadzać układ rozrodczy. Naukowcy są także zdania, iż może powodować Alzheimer’a, ponieważ aluminium bardzo łatwo odkłada się w mózgu (jego złogi odkryto przy okazji wielu sekcji zwłok osób, które zmarły na tę chorobę). 
  • Glycerin (gliceryna) - przyciąga cząsteczki wody z otoczenia i w kremie gromadzi je na powierzchni skóry. Taki efekt uzyskuje się jednak tylko wtedy, gdy wilgotność powietrza nie jest mniejsza niż 65%. W innym przypadku gliceryna pobiera wodę z dolnych warstw skóry i czyli silnie ją wysusza. 
  • Hydroxyethylcellulose (hydroksyetyloceluloza) - pochodna celulozy, którą stosuje się m.in. w lekach przeczyszczających. Wprawdzie rzadko wywołuje podrażnienia, ale uczuleniowcy powinni mieć się na baczności. 
  • Potassium Sorbate (sorbinian potasu) - pochodzenia chemicznego. Wprawdzie bardzo rzadko wywołuje reakcje alergiczne, ale i tak nie zapominajmy o tym, iż nie jest to składnik pochodzenia naturalnego.


A Wy mieliście styczność z blokerem od Ziaji?
Jakie macie na jego temat zdanie?

13 sierpnia 2015

Botoks w kremie vs. naturalne starzenie. Co wybieram?

Jakiś czas temu otrzymałam próbkę Instantly Ageless, czyli jednego z najnowszych i najbardziej kontrowersyjnych produktów od Jeunesse. Marka ta od lat uchodzi za lidera w produkcji kosmetyków typu anti-aging w USA. Teraz i u nas zrobiło się o niej głośno, za sprawą wspomnianego już kremu Instantly Ageless. Większość blogerek oszalała na jego punkcie, nazywając go kosmetykiem-cudem, czy też botoksem bez iniekcji. U mnie natomiast produkt ten wywołał mieszane uczucia :/

Why?


Zacznę od tego, iż w kopercie oprócz próbki (wiem, że to standardowa pojemność kremu, ale bardziej pasuje mi do niego określenie próbka) otrzymałam kilka pojedynczych ulotek a także instrukcje, jak jej używać. 

Broszurki mnie nie kupiły. Nie lubię poświęcać swojego cennego czasu na zgłębianie marketingowych haseł, które mają na celu zachęcić mnie do zakupu danego kosmetyku. Wolę czyste fakty. Pomijam więc stwierdzenia: „przestań czekać na rezultaty - żyj bez skazy z Instantly Ageless”, „poczuj jak to jest być bez skazy”, czy też „bądź sobą, bądź bez skazy” itp. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek spotkała się z tyloma podobnie brzmiącymi hasłami w jednej ulotce. Być może jednak producent traktuje swoich potencjalnych klientów tak jak Media Expert (idiotów, których gnębi się beznadziejnym spotem reklamowym, emitowanym średnio co 5 minut z nadzieją, że dzięki temu ci coś zrozumieją). A podobno dobry produkt nie potrzebuje żadnej reklamy…



Wróćmy jednak do faktów.

Zgodnie z zapewnieniami producenta, krem widocznie redukuje zmarszczki, zmniejsza cienie oraz worki pod oczami, matuje skórę oraz przywraca jej optymalny wygląd. Zawiera w sobie peptyd Argireline (Acetyl Hexapeptide-8), który jest powszechnie stosowany w produktach przeciwstarzeniowych. Instantly Ageless przebadano klinicznie i pozbawiono parabenów, pochodnych glikolu oraz chemicznych barwników i substancji zapachowych. W ulotce wspomniano jednak o tym, że może on wywoływać podrażnienia oraz zaczerwienienia.

Działanie kremu można zauważyć już po 2 minutach. Małym druczkiem na ulotce wspomniano jednak, że rezultaty nie są trwałe. Wyczytałam gdzieś, że efekt utrzymuje się do 9 godzin. Po tym czasie skóra wraca do pierwotnego stanu. Na wielu forach internetowych dziewczyny pisały jednak, że efekt nieskazitelnej cery nie trwa dłużej niż 30 minut. Większość z nich nie zauważyło także znaczącej poprawy w wyglądzie swojej skóry podczas długotrwałego stosowania kosmetyku. Nie przeprowadzono również jakichkolwiek badań, które by to potwierdzały (źródło: SNOBKA).


Najbardziej rozbawiło mnie jednak stwierdzenie: „dobrze będzie, jeśli pozostawisz twarz nieruchomo przez 7-10 minut”. Drogie Panie, po aplikacji tego kosmetyku zapomnijcie zatem o spożywaniu posiłków, prowadzeniu rozmowy, czy też oddychaniu :) OMG! To już po wizycie u dentysty nie każą się tak katować! 

Pamiętajcie też, że krem działa jedynie w temperaturze pokojowej. Nie pozostawiajcie go zatem bez opieki w aucie podczas nieznośnych upałów i nie zabierajcie na spacery zimową porą. 

I jeszcze jeden - możliwie, że najważniejszy aspekt: cena. W Polsce krem Instantly Ageless możemy zakupić za około 300 zł za 25 ampułek. Zdaje sobie sprawę z tego, że za nowe produkty trzeba słono zapłacić, ale taka cena za coś, co nie zapewnia długotrwałych rezultatów. O nie! 

Będę się starzeć. Być może niekoniecznie z klasą, ale na pewno z większą zawartością portfela :)

11 sierpnia 2015

Bez szamponu da się żyć :)

W jaki sposób zadbać o kondycję włosów, nie używając do tego gotowych produktów z drogeryjnych półek? Wystarczy jedynie sięgnąć do kuchennej szafki, gdzie znajdują się wszystkie potrzebne do tego celu składniki.

Do wykonania prostej domowej płukanki zastępującej gotowy szampon, potrzebne nam będą:

• 2 łyżeczki sody na 2 łyżki ciepłej wody
 
• ocet jabłkowy
 
Jako zamiennik octu jabłkowego możemy wykorzystać kwasek cytrynowy lub wyciśnięty sok z cytryny. Pamiętajmy jednak, że pod żadnym względem nie wolno stosować zwykłego octu spirytusowego, który jest mocniejszy i może zaszkodzić delikatnym włosom.

Dwie łyżeczki sody łączymy z dwiema łyżkami ciepłej wody. Wykonana w ten sposób mikstura wystarczy na jedną aplikację. Można również zaopatrzyć się w plastikową butelkę np. po zużytym szamponie i przygotować ją na o wiele więcej myć. Wówczas należy napełnić połowę butelki sodą, dolać do pełna wody i mocno nią wstrząsnąć.

Gotowy produkt wcieramy w skórę głowy, wykonując takie same ruchy, jak podczas mycia jej szamponem. Należy skupić się bardziej na skórze głowy niż na włosach. Na koniec należy spłukać włosy ciepłą (ale nie gorącą) wodą. 

Po zastosowaniu mikstury włosy będą czyste, ale dość szorstkie i matowe. Wynika to z faktu, iż ich łuski otworzyły się. Dzięki temu są one odpowiednio przygotowane do przyjęcia octu.

W celu wykonania płukanki z octu, wypełniamy nim do połowy butelkę z atomizerem. W przypadku kwasku cytrynowego w proszku dajemy jedną łyżeczkę. Jeżeli decydujemy się na użycie cytryny, wówczas wyciskamy sok z 2-3 sztuk. Butelkę należy uzupełnić wodą do pełna i wstrząsnąć w celu dokładnego wymieszania się składników. Jeśli nie lubimy zapachy octu, wówczas zamiast wody możemy zastosować wyciąg z ziół (rumianku, mięty, drzewa herbacianego itp.) albo olejki zapachowe.

Tak przygotowaną substancję nakładany na włosy i delikatnie masujemy. Należy zwrócić szczególną uwagę na to, czy ocet pokrył wszystkie włosy. Dzięki temu zamkniemy ich łuski i zneutralizujemy działanie sody. Na końcu spłukujemy włosy letnią albo chłodną wodą. Po tym zabiegu będą one czyste, miękkie, gładkie i błyszczące. Najlepiej nie stosować suszarki i pozwolić, by włosy wysuszyły się same.

Jeżeli po zabiegu z użyciem sody zauważymy podrażnienie skóry głowy (soda oczyszczona może podrażniać wrażliwą skórę), to nie powinniśmy się niepokoić. Wystarczy jedynie zastosować mniejszą ilość sody. W początkowej fazie stosowania kuracji może (ale wcale nie musi) pojawić się łupież. Każdy zauważy natomiast przetłuszczanie się włosów. Niestety jest to okres, w którym skóra dostosowuje się do produkcji mniejszej ilości łoju i nie da się go przeskoczyć. Postępy w postaci widocznie zdrowszych włosów powinny być widoczne dość szybko.

Warto zatem uzbroić się w cierpliwość:)

3 sierpnia 2015

Tani i naturalny tonik? Tak, to możliwe

Niedawno opublikowałam post o tym, jak bardzo zawiodłam się na kosmetykach marki Dabur. Stwierdziliście wówczas, że faktycznie nie powinny one nosić miana produktów naturalnych. Po tym poście otrzymałam kilka wiadomości z zapytaniem, co sądzę o jednym z najbardziej znanych produktów, jakim jest woda różana. Cóż mogę rzec - także ona nie jest bez wad. 

Spójrzcie tylko, co w sobie zawiera 
(skład zapożyczony od wujka Google):
  • Aqua 
  • Propylene glycol (glikol propylenowy) - do jego produkcji używa się mocno szkodliwego gazu Ethylenoxid, który uchodzi za substancję rakotwórczą i uszkadzającą strukturę genetyczną komórek. Jest on toksyczny w razie spożycia (uszkadza wątrobę, układ nerwowy oraz nerki). Stosowany na skórę wysusza naskórek i podrażnia gruczoły łojowe, wywołując stan zapalny i wysięki wokół gruczołów. Uszkadza również powłoczki włosów, a w razie dostania się do oczu wywołuje zapalenie spojówek.Brrr… :/ 
  • Potassium sorbate (sorbinian potasu) - pochodzenia chemicznego. Wprawdzie bardzo rzadko wywołuje reakcje alergiczne, ale i tak nie zapominajmy o tym, iż nie jest to składnik pochodzenia naturalnego. 
  • Rose extract (ekstrakt z róży) - spójrzcie jak daleko znajduje się na liście INCI. 
  • Citric acid (kwas cytrynowy) - usuwa przebarwienia, rozjaśnia skórę. Może jednak wywoływać podrażnienia skóry, oczu i dróg oddechowych. Na szczęście tutaj jest go niewiele, więc możemy spać spokojnie. 

I jeszcze chemiczne substancje zapachowe uznane za potencjalne alergeny: citronellol oraz geraniol.


Użylibyście tego kosmetyku wiedząc, że ma tak felerny skład? Zapewne nie.

Wielbiciele naturalnych hydrolatów nie muszą jednak wpadać w panikę. Na rynku istnieje bowiem dużo tego typu produktów, ale z o wiele lepszym składem. Dziś przedstawię Wam trzy z nich, które mam okazję stosować już od dawna i które bardzo sobie chwalę. 

Oto one:
  • Woda różana KTC
  • Woda różana TRS
  • Woda kewra TRS

Czym różnią się one od produktu marki Dabur, poza oczywiście składem?

Zacznijmy od pojemności. Wodę różaną Dabur sprzedaje się w szklanych buteleczkach o pojemności 250 ml. Te marki KTC oraz TRS posiadają nieco mniejszą pojemność, a mianowicie 190 ml. Mnie to jednak w ogóle nie przeszkadza :)
Odmienna jest również cena. Produkt Dabur na aukcjach Allegro można nabyć w cenie 7 - 10 złotych. Jest od droższy od wód różanych marki KTC i TRS, które kosztują średnio 5-6 złotych. Wyjątkiem jest tylko woda kewra, za którą zapłacimy około 6-7 złotych.

Wody różane posiadają także inny zapach. Dabur pachnie wprawdzie różami, ale jego woń jest mniej intensywna od pozostałych. O zapachu kewry napiszę za chwilę :)

Woda różana powstaje w procesie destylacji płatków i jest jego pozostałością. Zawiera cenne bioflawonoidy, w tym m.in. kwercynę oraz lotne olejki eteryczne. Posiada działanie antyseptycznie, przeciwzapalne oraz kojące. Stosowana bezpośrednio na skórę nie narusza jej ochronnej warstwy hydrolipidowej. Można ją zatem śmiało stosować jako tonik, okłady na powieki oraz jako dodatek do maseczek w proszku. Doskonale oczyszcza i poprawia napięcie skóry, nadając jej zdrowy koloryt. Potrafi również złagodzić sińce pod oczami oraz pomóc w przypadku zapalenia spojówek. Nie wspomnę już o samym jej zapachu, który poprawia samopoczucie oraz mocno relaksuje :)

Woda różana KTC

Woda różana TRS

Woda z kewry pozyskiwana jest natomiast z kwiatów pandanowca - rośliny rosnącej w Azji i zwanej inaczej pochutnikiem wonnym. Stosowana jako tonik wpływa na lepsze ukrwienie skóry, relaksuje ją i odświeża. Posiada działanie antybakteryjne, dezynfekujące oraz przeciwzapalne.


Pandan wonny, pandanowiec wonny, pochutnik wonny (Pandanus odorifer)

Wodę tą wyróżnia intensywny zapach, który początkowo nieco mi przeszkadzał. Skojarzyłam go sobie ze świeżymi pieczarkami. Przy dłuższym stosowaniu wody jesteśmy jednak w stanie przyzwyczaić się do tej nietypowej woni. Ja obecnie wyczuwam już tylko słodki kwiatowy aromat.

Jako ciekawostkę mogę podać, że woda kewra jest stosowana nie tylko w przemyśle kosmetycznym, ale także spożywczym. Jest ona często spotykanym dodatkiem w tradycyjnej kuchni mongolskiej.

Woda kewra TRS

15 lipca 2015

O wilku w owczej skórze historia niekrótka

W dzisiejszym poście chciałabym poruszyć temat konsumenckiej naiwności i ślepego zaufania względem koncernów oferujących „naturalne” kosmetyki. Ci z Was, którzy posiadają manię sprawdzania etykiet każdego produktu wiedzą, iż nie wszystko opatrzone znakiem „bio” faktycznie za takie uchodzi. Sama niejednokrotnie dałam się nabić w butelkę i skusić na kosmetyk, bazując jedynie na zapewnieniach producenta. Tak było chociażby w przypadku marki Dabur, której produkty przez wiele osób bywają błędnie kojarzone z produktami w pełni naturalnymi.

W mojej kosmetyczce na przestrzeni dwóch lat znalazło się kilkanaście produktów tej firmy, z czego ani jeden nie zasługiwał na miano naturalnego. Przez swoje niedopatrzenie zużyłam kilka słoiczków kremu zawierającego parabeny, kilkanaście opakowań szamponów i maseczek przesiąkniętych syntetycznymi detergentami oraz kilkadziesiąt buteleczek rozsławionej wody, która miała być hydrolatem z płatków róż, a która w rzeczywistości nawet koło nich nie stała. Mogłabym tak wymieniać bez końca, jednakże chciałabym dziś skupić się na najbardziej rozpowszechnionych i kupowanych przez konsumentów produktach, a mianowicie szamponach z serii Vatika.

Miałam okazję wypróbować kilka z nich, w tym:

  • Szampon z Oliwkami 
  • Szampon ze Słodkimi Migdałami 
  • Szampon Dziki Kaktus 
  • Szampon Proteiny Jajeczne 
  • Szampon Tropikalny Kokos 
  • Szampon z Czarnuszką 

Większość z nich uchodziło za moje ulubione do czasu, gdy przyjrzałam się nieco bliżej ich składom. Niestety po tej akcji większość opakowań wylądowała w koszu, dlatego też dziś mogę przedstawić wam tylko dwa.


Pierwszy z nich z wyciągiem z dzikiego kaktusa, miał za zadanie wzmocnić moje włosy i zapobiegać ich wypadaniu.

Producent w taki oto sposób reklamuje swój specyfik: 

„Szampon do włosów „Dziki Kaktus” polecany jest szczególnie do włosów słabych, łamliwych i wypadających. Jego unikalna receptura intensywnie odżywia włosy oraz skórę głowy. Kaktus sprawia że stają się one mocne i puszyste, czosnek stymuluje cebulki i zapobiega wypadaniu włosów, a ghergir odżywia je od nasady, aż po końce.” 

Brzmi zachęcająco, czyż nie?

Podobnie sprawa wygląda w przypadku drugiego z szamponów - z ekstraktem z czarnuszki. 

„Szampon Vatika z czarnuszką ma za zadanie dokładnie, a przy tym delikatnie oczyścić włosy zniszczone i wymagające intensywnej regeneracji. Jest doskonałym rozwiązaniem dla osób, które posiadają włosy matowe, suche i trudne do ułożenia. Dodaje im mocy i blasku, oraz zwiększa ich objętość. Skuteczność szamponu zapewnia przede wszystkim wyciąg z nasion czarnuszki siewnej” - zapewnia producent. 

Czarnuszka siewna od wieków znana jest głównie ze swych antybakteryjnych właściwości, dlatego też dobroczynnie wpływa na skórę głowy dotkniętą łupieżem. Bardzo często nazywana bywa także „eliksirem młodości”, gdyż jest bogata w kwasy tłuszczowe, kwas linolowy, witaminy A i E oraz inne mikroelementy. 

Szampony stosowałam dobrych kilka miesięcy. Nie wpłynęły one wprawdzie na kondycję moich włosów, jednak trzymałam się ich kurczowo ze względu na to, iż sądziłam, że są to produkty całkowicie naturalne. Dodatkowo szampon z czarnuszki urzekł mnie niespotykaną barwę (ciemnoszarą wpadającą w grafit), co dodatkowo sprawiło, że przypadł mi do gustu. Oba produkty są również bardzo gęste, co przekłada się na ich mega wydajność.

Niestety bardzo żałuję, że tak długo katowałam moje delikatne włosy tymi szamponami. Spójrzcie na skład tych produktów i przekonajcie się, jak wiele wspólnego mają one z naturą.

Szampon Dziki Kaktus”

Na początek weźmy pod lupę szampon „Dziki Kaktus”, w którym znajduje się:

  • Aqua (Water) (woda)
  • Sodium Laureth Sulfate (laurylosiarczan sodu) - obniża stężenie estrogenów, oraz wzmaga niekorzystne objawy menopauzy. Może również wysuszać włosy i sprawić, że staną się wysuszone i łamliwe. 
  • Cocamidopropyl Betaine (kokamidopropylobetaina) - substancja bardzo łagodna dla skóry i błon śluzowych pod warunkiem, że występuje samodzielnie. W połączeniu z Sodium Lauryl Sulfate (itp.) powoduje przesuszenie skóry, łupież, wypryski na skórze owłosionej i alergiczne zapalenie skóry. Tutaj SLS występuje w wysokim stężeniu, dlatego też wrażliwcy mogą to odczuć na swojej skórze. 
  • Cocamide Mea (substancja z grupy nitrozamin) - działała drażniąco na błony śluzowe i skórę w pachwinach, wywołując pokrzywkę i świąd. Jest także rakotwórcza. 
  • Dimethiconol (and) TEA-Dodecylbenzenesulphonate (silikon i kwas dodecylobenzensulfonowy) - silikon tworzy na powierzchni włosów barierę, która uniemożliwia przedostawanie się składników aktywnych w głąb włosów. Przedawkowanie tej substancji sprawia, że włosy szybciej się przetłuszczają. Kwas dodecylobenzensulfonowy może natomiast wysuszać kosmyki i prowadzić do łamliwości włosów. 
  • Glycol Distearate (distearynian glikolu etylenowego) - odbudowuje barierę lipidową skóry, jednakże może przy tym powodować powstawanie zaskórników. Wprawdzie na samym czubku głowy nie dostaniemy wyprysków, ale mogą one atakować czoło i inne miejsca, na które preparat spływa. 
  • Parfum (Amyl Cinamal, Lilal, Limonene, Linalol) (substancje zapachowe pochodzenia chemicznego) - odkładają się w organizmie i mogą powodować raka. Działają podobnie jak hormony, a w wysokich dawkach mogą nawet uszkadzać komórki wątroby. 
  • Sodium Chloride (chlorek sodu, czyli pospolita sól) - substancja polerująca, ścierająca i redukująca nieprzyjemny zapach. Może wysuszać skórę głowy i działać na nią drażniąco wywołując świąd. 
  • Guar Hydroxypropyl Trimonium Chloride (guar hydroksypropylowy) - substancja otrzymywana z ziaren indiańskiego drzewka, wzmacniająca, uelastyczniająca i ułatwiająca rozczesywanie włosów. 
  • Carbomer - wywołuje stan zapalny, a po dostaniu się do oczu łzawienie i zapalenie spojówek. 
  • Sodium Hydroxide (wodorotlenek sodu) - może powodować problemy ze wzrokiem a nawet ślepotę. 
  • Cereus Granddiflorus (Cactus) Flower Extract (ekstrakt z kaktusa) - sprawia, że włosy stają się mocniejsze i bardziej gładkie. Cóż z tego, skoro w tym szamponie jest go tyle, co kot napłakał :/ 
  • Allium Sativum (Garlic) Bulb Extract (ekstrakt z czosnku) - pobudza i odżywia zniszczone włosy, zapobiega nadmiernej łamliwości, oraz powstrzymuje proces wypadania włosów. Jest go tutaj jednak bardzo niewiele. 
  • Eruca Sativa Extract (ekstrakt z rukoli) - odżywia włosy od nasady, aż po ich końce. Niestety i jego działania praktycznie w ogóle nie uraczymy, ze względu na znikomą ilość tego składnika. 
  • Disodium EDTA (kwas etylenodwuaminoczterooctowy) - działa drażniąco na skórę i błony śluzowe, a u chorych na dychawicę oskrzelową i ciężkie alergie może spowodować wystąpienie ataku astmy, oraz zaostrzenie nieprzyjemnych objawów. 
  • Magnesium Nitrate (azotam nagnezu) - może wytwarzać karcerogenne (rakotwórcze) nitrozaminy. 
  • Magnesium CHloride (chlorek magnezu) - składnik pochodzenia mineralnego, bezpieczny dla skóry głowy. 
  • Methylchloroisothiazolione i Methylisothiazolinone - podrażniają skórę i wywołują alergie. Badania na zwierzętach wykazały, że mogą uszkodzić komórki w układzie nerwowym, przez co ich stosowanie zostało zakazane w Japonii oraz Kanadzie. 
  • FD&C Yellow NO. 10 (CI 47005) i FD&C Blue NO. 10 (CI 42090) - syntetyczne substancje koloryzujące stosowane po to, by poprawić wygląd kosmetyku (ma on wówczas ładniejszy kolor). Mają one działanie rakotwórcze. 

Szampon z czarnuszką

Skład szamponu z czarnuszką niewiele różni się od „Dzikiego Kaktusa”. 

Znajdziemy w nim:

  • Aqua (water) (woda). 
  • Sodium Laureth Sulphate (laurylosiarczan sodu) - obniża stężenie estrogenów, oraz wzmaga niekorzystne objawy menopauzy. Może również wysuszać włosy i sprawić, że stana się wysuszone i łamliwe. 
  • Cocamidopropyl Betaine (kokamidopropylobetaina) - substancja bardzo łagodna dla skóry i błon śluzowych pod warunkiem, że występuje samodzielnie. W połączeniu z Sodium Lauryl Sulfate (itp.) powoduje przesuszenie skóry, łupież, wypryski na skórze owłosionej i alergiczne zapalenie skóry. 
  • Cocamide MEA (substancja z grupy nitrozamin) - działała drażniąco na błony śluzowe i skórę w pachwinach wywołując pokrzywkę i świąd. Jest także rakotwórcza. 
  • Dimethiconol Emulsion- silikon, który może wywoływać alergie i powodować wypryski. 
  • Glycol Distearate (distearynian glikolu etylenowego) - odbudowuje barierę lipidową skóry. Może jednak powodować powstawanie zaskórników. 
  • Sodium Chloride (chlorek sodu, czyli pospolita sól) - substancja polerująca, ścierająca i redukująca nieprzyjemny zapach. Może wysuszać skórę i działać na nią drażniąco. 
  • Sodium PCA (sól sodowa kwasu piroglutaminowego) - substancja ta może być pochodzenia naturalnego (wówczas jest wyśmienitym środkiem nawilżającym zalecanym do stosowania przez wszystkie uznane organizacje certyfikujące kosmetyki naturalne) lub syntetycznego (wówczas uszkadza włosy i wywołuje reakcje alergiczne). Ciężko jednak stwierdzić jakiego typu surowca użyto w przypadku tego szamponu, gdyż oba występują pod tą samą nazwą. Podejrzewam jednak, że producent dorzucił do buteleczki ten otrzymywany chemicznie 
  • Guar Hydroxypropyl Trimonium Chloride (guar hydroksypropylowy) - substancja otrzymywana z ziaren indiańskiego drzewka, wzmacniająca, uelastyczniająca i ułatwiająca rozczesywanie włosów. 
  • Carbomer - wywołuje stan zapalny, a po dostaniu się do oczu łzawienie i zapalenie spojówek. 
  • Sodium Hydroxide (wodorotlenek sodu) - może powodować problemy ze wzrokiem. 
  • Disodium EDTA (kwas etylenodwuaminoczterooctowy) - działa drażniąco na skórę i błony śluzowe, a u chorych na dychawicę oskrzelową i ciężkie alergie może spowodować wystąpienie ataku astmy, oraz zaostrzenie objawów. 
  • Nigella Sativa (Blackseed) Extract - to wyżej opisany ekstrakt z czarnuszki, którego działania raczej nie uświadczymy. 
  • Rubus Fructicosus (Blackberry) Extract (ekstrakt z maliny moroszki) - działa antyoksydacyjne. 
  • Lawsonia Inermis (Henna) Extract (wyciąg z lawsonii bezbronnej) - posiada właściwości barwiące i pielęgnujące oraz przedłuża żywotność koloryzacji. 
  • PEG-90M - pochodna glikolu polietylenowego, która uchodzi za substancję rakotwórczą i uszkadzającą strukturę genetyczną komórek. Wysusza naskórek i podrażnia gruczoły łojowe, a w razie dostania się do oczu wywołuje zapalenie spojówek. 
  • Panthenol (pantenol) - jest bardzo dobrze tolerowany i niezwykle rzadko wywołuje uczulenia. Ma działanie przeciwzapalne, gojące, przyspiesza regenerację naskórka oraz nawilża. Nadaje skórze uczucie gładkości oraz miękkości. 
  • Tocopheryl Acetate (witamina E w czystej postaci) - przyczynia się do wygładzenia skóry, działa kojąco, niweluje ewentualne stany zapalne oraz zmniejsza szkodliwe działanie promieni słonecznych. 
  • Magnesium Chloride (chlorek magnezu) - składnik pochodzenia mineralnego, bezpieczny dla skóry. 
  • Magnesium Nitrate (azotam nagnezu) - może wytwarzać karcerogenne (rakotwórcze) nitrozaminy 
  • Methylchloroisothiazolione i Methylisothhiazolnone - podrażniają skórę i wywołują alergie. Badania na zwierzętach wykazały, że mogą uszkodzić komórki w układzie nerwowym. Ich stosowanie zostało zakazane w Japonii i Kanadzie. 
  • Benzyl Alcohol (alkohol benzylowy) środek o działaniu lekko znieczulającym. W wysokich dawkach może podrażniać skórę. 
  • CI 77266 (czerń węglowa) - naturalny barwnik wytwarzany z węgla drzewnego. To dzięki niemu szampon ma taką ciemną barwę. 

Oprócz tego w szamponie znajdziemy całą masę chemicznych substancji zapachowych, tj. Parfume, Lilial, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool uznane za potencjalnie szkodliwe.

Przerażające, że produkty uznawane za naturalne i bezpieczne są tak koszmarnie napakowane chemią. Teraz już wiem, że nie watro wierzyć zapewnieniom producenta, a produkty firmy Dabur należy omijać szerokim łukiem.

23 czerwca 2015

Moja słodka kozieradko

Od jakiegoś czasu zauważyłam iż coraz więcej włosów leci mi z głowy. Prawdopodobnie to wina stresu, z którym mam (nie)przyjemność spotykać się na co dzień. Diabli wiedzą. Tak, czy siak - sytuacja do przyjemnych nie należy :/ 

Zaniepokojona tym faktem zaczęłam szukać sposobów na to, jak temu przeciwdziałać. Przypomniałam sobie, jak jakiś czas temu na blogu ANWEN natknęłam się na akcję „Mania wcierania”, gdzie spora liczba osób zdecydowała się zadbać o swoje włosy, wcierając w nie różnego rodzaju specyfiki. Jednym z nich była wspomniana już w tytule - kozieradka. 
„Kupuję” - pomyślałam. Do stracenia nic przecież nie mam.

Ze względu na znaczną oszczędność czasu zdecydowałam się na zakup kozieradki mielonej (tą w ziarnach należy zmielić samemu, a ja nie chciałam się w to bawić). Pierwsze opakowania pochodziły od firmy Dary Natury, która jest moim faworytem. Koszt jednej sztuki wynosi ok. 2 zł. Nie jest to zatem kosmiczny wydatek. Obecnie stosuję kozieradkę marki Piątnica, którą strasznie przeklinam i czekam z niecierpliwością na okres, kiedy już się skończy. Niestety zakupiłam słoik o wadze 1 kilograma, dlatego będzie mi ona towarzyszyć przez dłuższy czas :(

Kozieradka "Dary Natury"

Jeśli ktoś z Was miał styczność z tą przyprawą to wie jak ona pachnie - jej intensywną woń można przyrównać do rosołku lub pieczonego kurczaka. Mnie to oczywiście nie przeszkadza, jednak większość kobiet bardzo na to narzeka. Weźmy chociażby moją mamunię. Za każdym razem, kiedy zjeżdżam na weekendy do domu marudzi, że moje włosy pachną bulionem i że smrodek ten roznosi się po wszystkich pomieszczeniach. O dziwo - mój partner nie zwraca na to jakiejkolwiek uwagi. Podobnie współpracownicy. Ile ludzi - tyle różnych opinii. Dla mnie najważniejsze jest jednak to, że mój Misiek nie marudzi i że każdego wieczora pokornie aplikuje wcierkę na skórę mojej głowy, zwracając się do mnie słowami: „moja ty słodka kozieradko” :)

Przygotowanie wcierki jest dziecinnie proste. Wystarczy odmierzyć odpowiednia ilość proszku, zalać wrzątkiem i odstawić pod przykryciem w celu zaparzenia. Ja stosuję następującą proporcję: 2 łyżeczki kozieradki na 3/4 szklanki wody. To, ile gotowego płynu uzyskamy zależy od tego, jak bardzo dany produkt „spija” wodę. Kozieradka z Darów Natury była w małym stopniu higroskopijna. Ta z Piątnicy łyka wodę niczym gąbka. Po około pół godziny od zalania, żółtej galaretowatej papki jest już prawie pół szklanki, natomiast gotowego wywaru zaledwie 1/3 Właśnie dlatego tak strasznie jej nie znoszę!


Gotowy wywar przelewam do drugiej szklanki, natomiast pozostałą papkę spuszczam w klozecie, gdyż mój zlew mógłby tego nie przeżyć :) Wiele blogerek przechowuje gotowy płyn do tygodnia w lodówce, jednak mnie taka ilość wystarcza na zaledwie na 1 - 2 aplikacje. 

Wcierkę aplikuję codziennie. Wyjątkiem są te dni, w których dopada mnie leniwiec pospolity :) Początkowo stosowałam ją przed płukaniem włosów gdyż obawiałam się, że w innym przypadku staną się one przetłuszczone. Kozieradka nie powoduje jednak tego typu problemów, dlatego też stosuję ją na noc na wcześniej umytą głowę. Wcierkę najlepiej aplikować na skalp za pomocą pipetki lub strzykawki. Wówczas nie moczymy całych włosów, a jedynie te przy samej skórze głowy. Ja dla wygody używam sporej strzykawy :)
Niektóre kobiety rozdzielają pasma włosów grzebieniem i dopiero wówczas wcierają wywar. Mojemu Miśkowi nie chce się jednak w to bawić i nakłada wcierkę tuż przy samej skórze. Później następuje oczywiście etap masowania. U mnie dzieli się on na cztery etapy: przód, lewy boczuś, prawy boczuś i tył. Czasami wkrada się jeszcze piąty pn.: „już koniec?”, który sprowadza się do wysępienia kolejnych kilku minut na masaż całej głowy. Wszystko zależy jednak od chęci mojego osobistego masażysty.

Oto cała filozofia stosowania wcierki z kozieradki.


Efekty kuracji

W moim przypadku efekty nastąpiły już po około 2 tygodniach od rozpoczęcia kuracji. Włosy zaczęły mniej wypadać i stały się niezwykle puszyste (jeszcze bardziej niż w przypadku stosowania toniku Babuszki Agafii). Dodatkowo zaczęły falować, jednakże nie wiem czy jest to zasługa samej wcierki. Często zdarza się, że chodzę spać w lekko wilgotnych włosach i możliwe, że skręty kosmyków są właśnie tym spowodowane. Zaobserwowałam również przyrost włosów na ich długość. Nie potrafię jednak jednoznacznie ocenić o ile centymetrów się wydłużyły. Nie chce mi się męczyć z centymetrem :) Oprócz tego pojawiły się tzw. baby hair (delikatnie i mięciutkie kosmyki), które dostrzegam głównie w okolicy linii czoła, oraz na skroniach. 

Jedyne co mnie irytuje to fakt, że po zastosowaniu wcierki włosy stają się strasznie sztywne. Przy samej skórze głowy jest to zjawisko jak najbardziej pożądane, gdyż optycznie powiększa fryzurę. Gdy zdarzy nam się jednak, że zmoczymy nią resztę włosów - wówczas liczmy się z tym, że po wyschnięciu nasze włosy będą wyglądały, jak potraktowane mocnym lakierem. Normalnie wzięłabym to za plus, jednak posiadam delikatną czuprynę i przy rozczesywaniu włoski trochę się łamią :/

Metodę tą uważam jedak za jedną z najtańszych i najlepszych. Trzeba poświęcić na nią trochę czasu, ale za to jakie efekty można uzyskać. Gra jest zatem warta świeczki :)